Tytuł w pełni oddaje treść. Mój dystans do siebie samej i otoczenia (a czasem drastyczny brak tego dystansu) ujęty w krótkie formy, wzbogacony ponadto o wiersze i cytaty. Oraz przepisy na ciasteczka ;-)
25 października, 2006
Anthony Raftery
tłum. Ernest Bryll
Zbieram manatki swoje zaraz na świętą Brygidę
Bo się od słodkiej wiosny dni miękko rozciągają
Nikt mnie już nie zatrzyma -- jak idę, to już idę
I będę lazł, aż dojdę do serca krainy Mayo.
Tam w Claremorris mieście spędzę nockę rozpustną
A w Balla w ciemnym piwsku utopię me ubóstwo
W Kitlimagh zanurkuję w rozkoszy aż po pięty
Od Ballinamore pójdę golutki jak święty
Niech mi krew w sercu huczy jako przypływ pienisty
Jak burze, które w górach mgły ciemne rozganiają
Ja marzę o Carra i Gallen -- dwu miastach, gwiazdach świetlistych.
Witaj mi w drodze Scahaweela, witajcie doliny Mayo
Na koniec stanę w Killiaden -- zaiste raju na ziemi
Tu rosną najsłodsze jabłka -- duma Irlandii całej
Ty się zatrzymam i będę pomiędzy najbliższemi
Przekleństwo lat opadnie. Znów jestem chłopcem małym.
22 października, 2006
20 października, 2006
CHÓR
Czym jest to, co się z pustyni wyłania
skroś słupy dymu? Mirry i kadzidła
woń czuć zamorską — śród kopyt kląskania
jakowyś orszak, jakoweś nosidła —
a to lektyka, och! Salomonowa!
Z hufem najtęższych wojów Izraela,
a każden sprawny w bitewnym rzemiośle —
mieczem siec umie, z łuku celnie strzela,
czoła nie schyla, nosi się wyniośle —
wszelki zbir przed nim łeb w ramiona chowa...
Palankin z cedru niosą libańskiego,
z czystego srebra wykute podnóże,
oparcia — złote, baldachim w purpurze,
wnętrze głuszone gładzonym hebanem
jeruzalemskich dziewek wyściełane
miłością...
Wyjdźcie, popatrzcie na niego,
na Salomona; w wieńcu, jak w koronie —
matka mu sama kładła go na skronie —
jak się raduje w dzień swego wesela...
ON:
Jakżeś dorodna, jaka ty urocza,
twój wdzięk świat cały pięknością obdziela —
dwie gołębice widzę w twoich oczach
skryte za lnianą nad czołem zasłonę,
włosy jak stado kóz, co w skok, bez ładu,
z Góry Świadectwa zbiega — Gileadu,
a twoje zęby to równo strzyżone
owce, gdy z nagła wypryskują z wody
jak hodowane parami bliźnięta —
żadnej niezdarność nóg w biegu nie pęta,
ni zawiść twojej nie przyćmi urody.
Wargi twe — wstążka barwy karmazynu,
a mowa wdzięczna, skroń jak rozkrojone
jabłko granatu; nic to, żeś ty z gminu —
szlachetna szyja twa, alabastrowa,
jak ta warowna wieża Dawidowa
już w czas budowy zmieniona w zbrojownię —
tysiąc tarcz na niej zawisło wymownie...
Piersi — z natury niesforne jagnięta
śród białych lilii — tyś mi w-miłość-wzięta...
Póki nie skona południowa spieka
nie znikną cienie jak górskie mamidła,
pójdę po mirrę, nazbieram kadzidła,
boś urodziwa — bliska, czy daleka,
gasisz bo w sobie najznikomszą skazę.
Przybądź z Libanu, pójdziemy stąd razem,
patrzeć na szczyty Seniry, Amany,
Hermonu, z jaskiń lwich i gór lamparcich.
Ach, ileż w parze bylibysmy warci!
Rzuciłaś na mnie czar, siostro dziewczyno —
włoskiem na karczku, iskiereczką w oku,
miłość twa słodsza nad najsłodsze wino,
a miód warg twoich to brat rajskich soków —
suknie twe pachną nektarem Libanu...
Jesteś jak w sadzie strzeżonym krynica
śród aloesu, nardu i szafranu,
pachnącej trzciny, cynamonu, henny,
gaju granatów — tyś balsam bezcenny,
źródło przejrzyste życiodajnej wody
z odbiciem twojej w nim bujnej urody —
miłości mojej żywica.
18 października, 2006
I don't wanna talk
About the things we've gone through
Though it's hurting me
Now it's history
I've played all my cards
And that's what you've done too
Nothing more to say
No more ace to play
The winner takes it all
The loser standing small
Beside the victory
That's her destiny
I was in your arms
Thinking I belonged there
I figured it made sense
Building me a fence
Building me a home
Thinking I'd be strong there
But I was a fool
Playing by the rules
The gods may throw a dice
Their minds as cold as ice
And someone way down here
Loses someone dear
The winner takes it all
The loser has to fall
It's simple and it's plain
Why should I complain.
But tell me does she kiss
Like I used to kiss you?
Does it feel the same
When she calls your name?
Somewhere deep inside
You must know I miss you
But what can I say
Rules must be obeyed
The judges will decide
The likes of me abide
Spectators of the show
Always staying low
The game is on again
A lover or a friend
A big thing or a small
The winner takes it all
I don't wanna talk
If it makes you feel sad
And I understand
You've come to shake my hand
I apologize
If it makes you feel bad
Seeing me so tense
No self-confidence
But you see
The winner takes it all
The winner takes it all...
Bet, bicie od dawna nam zgotowane.
Geemel, glorii pełen Bóg udaje, że wie o tym.
Dalet, dostojna śmierć swój cień rzuca na boki.
Hey, hardy kat już czeka na swoją ofiarę.
Wov, wiedza to głupota ponad ludzką miarę.
Zayeen, znaki zodiaku majaczące w oddali.
Chet, chrome dziecko, które przed narodzeniem na śmierć skazali.
Tet, tęgi myśliciel, pan do więzienia wtrącony.
Jod, judasz sędzia, zły wyrok przezeń ogłoszony.
A kiedy już zniknie ostatnia litera,
Ostatniemu z diabłów przyjdzie czas umierać
I. B. Singer
15 października, 2006
* Are intelligent, though may not have had top grades.
* Are very creative and enjoy making things.
* Always need to know WHY, especially why they are being asked to do something.
* Had disgust and perhaps loathing for much of the required and repetitious work in school.
* Were rebellious in school in that they refused to do homework and rejected authority of teachers, OR seriously wanted to rebel, but didn't DARE, usually due to parental pressure.
* May have experienced early existential depression and feelings of helplessness. These may have ranged from sadness to utter despair. Suicidal feelings while still in high school or younger are not uncommon in the Indigo Adult.
* Have difficulty in service-oriented jobs. Indigos resist authority and caste system of employment.
* Prefer leadership positions or working alone to team positions.
* Have deep empathy for others, yet an intolerance of stupidity.
* May be extremely emotionally sensitive including crying at the drop of a hat (no shielding) Or may be the opposite and show no expression of emotion (full shielding).
* May have trouble with RAGE.
* Have trouble with systems they consider broken or ineffective, ie. political, educational, medical, and legal.
* Alienation from or anger with politics - feeling your voice won't count and/or that the outcome really doesn't mattter.
* Frustration with or rejection of the traditional American dream -career, marriage, children, house with white picket fence, etc.
* Anger at rights being taken away, fear and/or fury at "Big Brother watching you."
* Have a burning desire to do something to change and improve the world. May be stymied what to do. May have trouble identifying their path.
* Have psychic or spiritual interest appear fairly young - in or before teen years.
* Had few if any Indigo role models. Having had some doesn't mean you're not an indigo, though.
* Have strong intuition.
* Random behavior pattern or mind style - (symptoms of Attention Deficit Disorder). May have trouble focusing on assigned tasks, may jump around in conversations.
* Have had psychic experiences, such as premonitions, seeing angels or ghosts, out of body experiences, hearing voices.
* May be electrically sensitive such as watches not working and street lights going out as you move under them, electrical equipment malfunctioning and lights blowing out.
* May have awareness of other dimensions and parallel realities.
* Sexually are very expressive and inventive OR may reject sexuality in boredom or with intention of achieving higher spiritual connection. May explore alternative types of sexuality.
* Seek meaning to their life and understanding about the world. May seek this through religion or spirituality, spiritual groups and books, self-help groups and books.
* When they find balance they may become very strong, healthy, happy individuals.
Please note, anyone could have a few of these traits, but Indigo Adults have most or all of these 25 characteristics.
12 października, 2006
Znajduje się w nim szkielet jakiejś młodej damy celtyckiej.
Na jej zmurszałych rękach i nogach widnieją bransolety, na szyi- okazały, dużej wartości artystycznej brązowy naszyjnik.
Patrząc na te symbule piękna, doznajemy mieszanych uczuć nad tym grobem, który zamyka w sobie spróchniałe zwłoki ongiś żywej kobiety, co chciała i po swej śmierci być piękną i strojną.
A. C. Klimuszko
10 października, 2006
Jest 20 IV. Z nieba uśmiecha się Wenus, Słońce wchodzi w znak Byka. Wydawać by się mogło, że jest to pora miłości i piękna. Otóż jest odwrotnie. Dużo logiczniejsza dla tego znaku wydaje się nazwa KROWA, bowiem ludzie z tego znaku są ciężcy, nieelastyczni, pozbawieni wdzięku i fantazji. Dziecko tak urodzone jest rozwydrzonym lizusem, gadającym bez przerwy i gromadzącym potworne ilości śmieci i zabawek. Wszystko im się przyda. Ulubioną rozrywką jest strojenie się bez względu na płeć w stroje matki i mizdrzenie się przed lustrem. Marzeniem, bez względu na płeć, jest być Marylin Monroe.
Zalotnie leniwa, emanuje tandetną erotyką, której nabawia się z pochłanianych w młodości romansów. Marząc o wielkiej miłości napycha się słodyczami i wabi mężczyzn ciężkostrawną kuchnią. Uważając, że jest stworzona do wyższych celów nie koncentruje się na niczym. Jej pasją jest obrzydzanie wszystkich i wszystkiego. Najczęściej wplątuje się w sytuacje zbyt trudne dla swojego nieskomplikowanego rozumku. Cały czas wini innych za swoje ciągłe niepowodzenia. Chorobliwie próżna i ambitna, oczekuje hołdów i darów, które coraz rzadziej dostaje. Z natury poczciwa, leniwa, powolna i pozbawiona autentycznej pasji, o ile uda jej się wyjść za mąż, koncentruje się na domu, pełnym konfitur, sosów i nijakich dzieci. O ile nie, zostaje coraz starszą panną. Zamęcza żonatych kochanków neurastenicznymi opowieściami o swoich byłych sukcesach. Na starość wystrojona operetkowo, myśląc, że popada w styl klasyczny, obżera się wymyślnymi potrawami i zadręcza się dietami cud, mrucząc do Księżyca.
Praktyczna krowa bez fantazji, wyżywająca się w kuchni. Wcześnie się zaokrągla i zaczyna zajmować się wyłącznie urządzaniem przytulnego gniazdka, aby mieć gdzie drzemać na kanapie w starym szlafroku. Bardzo łasa na pieniądze, prezenty, a nawet byle jakie hołdy, nie koncentruje się na niczym. Nie ma żadnych zainteresowań. Takiego marazmu żąda od całej rodziny. Ideałem dla niej jest ograniczony żarłok, siedzący na pluszowym stołeczku i obsługujący maszynkę do robienia pieniędzy.
09 października, 2006
Oto ona.
CZYŚCIUTKA I BIELUTKA
Po pierwsze - pamiętajmy, że kobieta, zanim stanie się kobietą, długo jest dziewczynką, a dziewczynka powinna być cicha, grzeczna, miła i słodka. I pamiętać, że złość piękności szkodzi. Powinna mówić cichutko i cieniutko, a najlepiej wcale, bo dziewczynki i ryby głosu nie mają. Dziewczynka powinna ustępować, oddawać, ulegać, służyć, wyręczać, opiekować się, na nic się nie skarżyć i cieszyć się, że żyje. Powinna być zwiewna i lekka jak mgiełka, poruszać się na paluszkach bezszelestnie jak motylek. Powinna być czyściutka i bielutka. Niczego brudnego nie dotykać, nie pocić się i nie wydzielać żadnego naturalnego zapachu. Oczywiście, nie powinna się niczego brzydzić, a jeśli się brzydzi, to nie powinna tego pokazywać.
Od najwcześniejszych lat powinna pasjonować się proszkami do prania, wybielaczami, środkami czyszczącymi i bakteriobójczymi, a nade wszystko dezodorantami. Powinna marzyć o tym, że jak będzie duża, to wystąpi być może w telewizyjnej reklamie jakiegoś superproszku, po którym pranie będzie jeszcze bielsze niż dotąd. Dziewczynka powinna jeść jak ptaszek, pić jak ptaszek i wydalać jak ptaszek. A najlepiej wcale. Umiejętność siedzenia godzinami na przepełnionym do granic możliwości pęcherzu moczowym to podstawowe wyposażenie na dalszą drogę kobiecego życia.
RĘCE NA KOŁDRZE
Dziewczynka powinna szanować autorytety i wiedzieć kto tu rządzi. Dlatego nie powinna niczego odmawiać swoim dorosłym opiekunom, krewnym, nauczycielom, korepetytorom, spowiednikom i lekarzom. A także listonoszom, strażakom, policjantom i innym ofiarnym służbom mundurowym, nie mówiąc o urzędnikach administracji państwowej i wszelkich innych szacownych instytucji. Każda dziewczynka powinna wiedzieć, że jeśli jest bita, albo wykorzystywana przez silniejszych, to jest to wyłącznie jej wina. Krótko mówiąc, zasłużyła sobie.
Dziewczynce nie wypada chcieć i nie wypada nie chcieć. A gdy ją ktoś zapyta, czego nie chce, powinna odpowiedzieć: sama nie wiem. Dziewczynka powinna się bać, wstydzić i brzydzić swego ciała (szczególnie, gdy zaczyna dorastać). Najlepiej się do niego nie przyznawać. Trzymać ręce na kołdrze i wszelkimi dostępnymi środkami walczyć z owłosieniem nóg. Jednym słowem, dziewczynka może być, a nawet jest, mile widziana pod warunkiem, że jej nie ma.
TYLKO SIĘ JEJ ZDAJE
Po drugie - dzięki takiemu ułożeniu dziewczynka, gdy stanie się kobietą, będzie wiedziała, jak poruszać się w świecie. A w szczególności zrozumie, że gdy ją boli, to tak naprawdę nie boli. Gdy jej się chce, to tak naprawdę jej się nie chce, a gdy nie chce, to właśnie chce. Gdy płacze, to histeryzuje i jest niewdzięczna. Gdy się na coś nie zgadza, to jest wredna i cyniczna. Gdy się cieszy, to się wygłupia albo jest pijana. Gdy chce ładnie wyglądać, to się mizdrzy, a gdy kimś się zainteresuje, to się puszcza. Gdy się wstydzi, to jest głupia, a gdy się nie wstydzi, to jest bezwstydna. Gdy się przy czymś upiera, to przesadza, a gdy się się nie upiera, to nie wie, czego chce. Jak kocha, to jest naiwna, a jak nie kocha, to jest zimna. Gdy ma ochotę na seks, to jest suką, a gdy nie ma ochoty na seks, to też jest suką. jeśli chce być kimś- to znaczy, że przewróciło się jej w głowie, a jak nie chce być kimś, to jest głupią kurą. Jeśli jest sama, to znaczy, że nikt jej nie chciał, a jeśli jest z kimś, to znaczy, że cwana. Wtedy też będzie wiedzieć, że gdy dostaje furii - to jej się tylko tak zdaje. W każdym razie, może być pewna, że nie ma żadnych prawdziwych powodów do gniewu i powinna udać się po poradę do psychoterapeuty.
02 października, 2006
Ucięte złote ręce
lecą z wysokich klonów
spadają przez mgłę białą
w szarzyznę dróg, zagonów...
Czerwony kat Październik
idzie przez las przez łąki,
przez pola i przez ściernik,
i wszystko co jest życiem,
jasnością, barwą, wonią,
dojrzawszy, niszczy krwawą
katowską swoją dłonią.
-Idzie i wnet spotyka
starego robotnika,
który tak z trwogą rzecze
do złego Października:
“O kacie Październiku
patrz: kości me ułomne,
młodość mą, włosy, rozum
straciłem - gdzie? nie pomnę.
Trzęsie się we mnie serce
i chorób mam bez liku -
pozwól mi przejść spokojnie,
mój kacie Październiku!”
Ucięte złote dłonie
kładą się w krąg na drodze...
Podumał kat Październik,
ustapił się niebodze.
Wtem znów nadchodzi zdala
babusia stara, słaba,
rozpłaszcza się pod koszem
jak pod kamieniem żaba,
i mówi: “Panie kacie,
pozwól mi przejść bez krzyku,
na sprzedaż niosę jaja
i gęsi dwie w koszyku,-
spódnica stara, bura,
kaftanik na mnie siwy,
puszczaj dobrodzieju
przecieżeś mi nie krzywy!”
Ucięte złote dłonie
kładą się w krąg na drodze...
Podumał kat Październik,
ustąpił się niebodze.
Patrzy- aż tu znów idzie
dziewucha nad dziewuchy:
spódnica jak ambona,
warkocze jak łańcuchy.
W spódnicy kwitną róże,
bławatki i paprocie
oczy, jak modre szkiełka,
a włos skąpany w złocie.
Pierś jak gliniany dwojak
brwi czarne jak sadza.
Zmęczony kat Październik
ścieżynę jej zagradza.
-“O Panie Październiku
nie zachodź ty mi drogi-
późno już, nów na niebie
białe wystawia rogi.
Puść-że mnie, panie kacie,
śpieszno mi do kochanka”.-
-“Hej! Kiedy mi zapachniał
goździk i macierzanka!”
-“Puszczaj-że, panie kacie
pięknie ci podziękuję...”
”Hej! kiedy gdzieś zakwitły
piwonie i leluje!-
Hej! kiedy krasa twoja
za bardzo mi różowa...”
- ”O panie Październiku
słońce się w chatach chowa,
a mnie tu na złej drodze
godziny lecą płone...”
- “Hej! kiedy mi twe serce,
twe serce za czerwone!”
Toczą się złote ręce,
trzęsie się brzoza łysa,
Październik ujął dziewkę
i krasę z niej wysysa.-
25 września, 2006
Jedno tylko jedyne zwierzę wyje po lasach nocami.
Wilk to urodzony mięsożerca, równie przebiegły, jak i okrutny, kiedy raz pokosztuje mięsa, niczym innym już się nie zadowoli.
W nocy oczy wilków migocą jak płomienie świec, żółtawo, czerwonawo, ale to dlatego, że ich źrenice tuczą się ciemnością i przechwytują światło twojej latarki, by ci je odesłać z powrotem – czerwony sygnał niebezpieczeństwa. Jeśli oczy wilka odbijają tylko światło księżyca, to lśnią zimną, nienaturalną zielenią, barwą minerału, przebijającą mrok. Gdy zapóźniony podróżny wypatrzy te połyskujące, straszliwe cekiny, zawisłe nagle w czarnych chaszczach, wie, że musi uciekać – byle tylko strach nie przykuł go do ziemi.
Ale te oczy to wszystko, co pozwolą ci dostrzec leśni mordercy, kiedy gromadzić się zaczną niewidzialni wokół twojego zapachu, zapachu mięsa, jeśli nieroztropnie zapuścisz się w las późną porą. Będą jak cienie, będą jak widma, szarzy członkowie kongregacji z nocnego koszmaru... Posłuchaj: jego długi, załamujący się skowyt... Aria strachu, który stał się słyszalny.
Wilcza pieśń to zapowiedź losu, jaki cię czeka, sama w sobie jest zabijaniem.
Nadeszła zima i mroźna pogoda. W tej krainie gór i lasów wilki nie mają teraz nic do jedzenia. Kozy i owce zamknięto w oborze, jelenie powędrowały na południowe stoki w poszukiwaniu paszy – wilki są chude i wygłodzone. Mają na sobie tak mało ciała, że mógłbyś policzyć przez sierść ich wynędzniałe żebra, gdyby dały ci czas, zanim się rzucą. Te ociekające wilgocią szczęki, wywieszony język, szron śliny na siwych podgardlach – spośród wszystkich niezliczonych niebezpieczeństw, jakie czyhają w lesie nocą: duchów, straszydeł, olbrzymów przypiekających niemowlęta na ruszcie, czarownic trzymających porwane ofiary w klatkach i tuczących je na ludożercze stoły, wilk jest najgorszy, nie potrafi bowiem słuchać głosu rozsądku.
Zawsze grozi ci niebezpieczeństwo w lesie, w którym nie ma ludzi. Wstępuj w podwoje wielkich sosen, gdzie zmierzwione gałęzie splatają się z sobą, chwytając nieuważnego podróżnika w sieć, jakby sama roślinność była w zmowie z wilkami, które tu żyją, jak gdyby niedobre drzewa urządzały połów dla swoich przyjaciół – wstępuj pomiędzy słupy leśnych wrót z najwyższą obawą i nieskończoną ostrożnością, bo jeśli zboczysz ze ścieżki choć na chwilę, wilki cię pożrą. Są szare jak głód, są bezlitosne jak zaraza.
Spoglądające z powagą dzieci z nielicznych wiosek zawsze mają przy sobie nóż, kiedy idą wypasać małe stadka kóz, dostarczających gospodarstwom kwaskowatego mleka i zjełczałego, robaczywego sera. Noże są ledwie o połowę mniejsze niż dzieci, a ostrza ostrzy się co dzień.
Ale wilki potrafią znaleźć sposób, żeby zjawić się u twojego ogniska. Robimy, co możemy, bywa jednak, że nie da rady utrzymać ich za progiem. Każdego zimowego wieczora bez wyjątku wieśniak boi się, że zaraz zobaczy szary, wynędzniały pysk węszący pod drzwiami, a pewnego razu kobieta została ugryziona we własnej kuchni, kiedy odcedzała makaron.
Lękaj się wilka i uciekaj przed nim, ponieważ, co najgorsze, wilk może okazać się czymś więcej, niż się wydaje.
Żył niegdyś myśliwy niedaleko stąd, który schwytał wilka w wilczy dół. Ten wilk rozszarpywał owce i kozy, pożarł obłąkanego starca, który mieszkał sam jeden w chacie na zboczu w pół drogi do szczytu i po całych dniach śpiewał Jezusowi, rzucił się na dziewczynę doglądającą owiec, ale ta podniosła taki krzyk, że nadbiegli mężczyźni ze strzelbami i go spłoszyli. Próbowali tropić go w lesie, ale był sprytny i łatwo im się wyniknął. Tak więc ów myśliwy wykopał dół i włożył weń kaczkę, żywą-żywiusieńką-hej!, a dół przykrył słomą wysmarowaną wilczymi odchodami. Kwa! kwa! – kwakała kaczka. Wilk nadszedł chyłkiem z lasu, duży był, ciężki, ważył tyle, co dorosły mężczyzna, i słoma się pod nim zapadła – wpadł do dołu. Myśliwy skoczył za nim, poderżnął mu gardło, odciął wszystkie cztery łapy jako trofeum.
Jednak wcale nie wilk leżał przed myśliwym, tylko okrwawiony ludzki tułów, bez głowy, bez stóp, umierający, martwy.
Kiedyś czarownica z doliny przemieniła wszystkich gości weselnych w wilki, bo pan młody wybrał inną dziewczynę. Kazała im przychodzić do siebie nocą, przez złość, a oni siadywali wokół jej chatki i wyli, urządzając dla niej serenadę ze swojej boleści.
Nie tak dawno kobieta z naszej wioski poślubiła mężczyznę, który zniknął bez śladu w noc weselną. Łóżko było zasłane czystą pościelą i panna młoda w nim spoczywała, kiedy pan młody oświadczył, że musi wyjść za potrzebą, nalegał na to przez wzgląd na przyzwoitość, podciągnęła więc kołdrę pod brodę i leżała. Czekała i czekała, i nie przestawała czekać – chyba go coś długo nie ma? Aż podskoczyła na łóżku i krzyknęła wniebogłosy, słysząc wycie niesione wiatrem z głębi lasu.
Owo przeciągłe, załamujące się wycie, choć tak przeraźliwie groźne, zawiera też w sobie jakiś nieodłączny smutek – jakby bestie chciały być mniej zwierzęce, gdyby tylko wiedziały jak, i nigdy nie przestawały opłakiwać swej doli. W wilczych kantykach słychać przepastną melancholię, bezkresną jak bór, trwającą bez końca, jak długie zimowe noce, a jednak ten straszliwy smutek, ów lament nad własnymi wilczymi apetytami nigdy nie porusza serca, gdyż ani jedna fraza nie napomyka o możliwości pokuty; łaska nie spłynie na wilka za sprawą jego własnej rozpaczy, tylko przy pomocy jakiegoś pośrednika z zewnątrz, tak że czasem wydaje się, iż zwierzę błogosławi nóż, który pozbawia je życia.
Bracia młodej kobiety przeszukali szopy i stogi siana, ale nie znaleźli żadnych szczątków, zatem roztropna niewiasta otarła oczy i znalazła sobie innego męża, który nie wstydził się sikać do nocnika i noce spędzał pod dachem. Obdarzyła go dwójką ślicznych dzieci i wszystko szło jak z płatka, dopóki pewnej mroźnej nocy, nocy, kiedy następuje przesilenie, kiedy rok chwieje się w zawiasach, a rzeczy nie pasują do siebie tak, jak powinny, najdłuższej nocy – pierwszy oblubieniec znów zawitał do domu.
Łomot do drzwi zapowiedział jego przybycie. Mieszała właśnie zupę dla ojca swych dzieci, ale tamtego rozpoznała od razu, jak tylko uchyliła zapadkę, żeby mu otworzyć, choć lata minęły, odkąd nosiła po nim żałobę, a on był teraz w łachmanach i włosy, które nigdy nie widziały grzebienia i roiły się od wszy, spływały mu na plecy.
– Wróciłem, żonko – rzekł. – Daj mi moją miskę kapusty, a żywo.
Wtedy nadszedł jej drugi mąż, niosąc bierwiona na ogień, a kiedy pierwszy pojął, że spała z innym mężczyzną, i co gorsza, kiedy jego czerwone oczy dostrzegły małe dzieci, które cichutko weszły do kuchni, żeby zobaczyć, co to za harmider, wykrzyknął:
– Chciałbym z powrotem być wilkiem, żeby dać nauczkę tej wszetecznicy! – I natychmiast stał się wilkiem, i odgryzł starszemu chłopcu lewą stopę, zanim dosięgła go siekiera, której używali do rąbania drew. Ale gdy okrwawiony wilk wydawał z siebie ostatnie tchnienie, futro z niego znowu opadło i wyglądał jak wówczas, kiedy uciekł ze ślubnej łożnicy. Rozpłakała się więc, a drugi mąż ją zbił.
Powiadają, że istnieje maść, którą daje diabeł, a która przemieni cię w wilka natychmiast, jak tylko się nią nasmarujesz. A także że urodził się nogami do przodu, miał wilka za ojca i ma tors człowieka, ale wilcze łapy i genitalia. Ma także wilcze serce.
Naturalny, czas bycia wilkołakiem to siedem lat, ale jeśli spali się jego ludzką odzież, będzie musiał pozostać wilkiem do końca życia. Stare kobiety w tych stronach uważają nawet, że rzucenie w wilkołaka kapeluszem albo fartuchem zapewnia swego rodzaju ochronę, jakby to suknia zdobiła człowieka. Jednak po oczach, tych fosforyzujących oczach, poznasz go w każdym wcieleniu – tylko oczy nie ulegają metamorfozie.
Zanim stanie się wilkiem, likantrop rozbiera się do nagusieńka. Jeśli dostrzeżesz nagiego mężczyznę między sosnami, uciekaj, jakby cię sam diabeł gonił.
Jest środek zimy. Gil, przyjaciel człowieka, przysiadł na stylisku ogrodniczej łopaty i śpiewa. Najgorszy to czas w całym roku, jeśli chodzi o wilki, ale rezolutna dziewczynka uparła się, że pójdzie przez las. Jest absolutnie pewna, że dzikie bestie nie zdołają zrobić jej krzywdy, choć ostrzeżona kładzie długi nóż do koszyka, w którym matka ułożyła już sery. W koszyku znajduje się też flaszka cierpkiej nalewki z jeżyn, stos płaskich owsianych placków, upieczonych na palenisku, parę słoików konfitur. Lnianowłose dziewczę zaniesie te smakołyki samotnie mieszkającej babci, tak starej, że ciężar lat przygniata ją do ziemi. Do babcinej chatki trzeba brnąć dwie godziny przez zimowy las, dziewczyna otula się ciepłym szalem, naciąga go na głowę. Wsuwa stopy w mocne drewniane chodaki, jest już ubrana i gotowa, a mamy wieczór wigilijny. Złowróżbne wrota przesilenia wciąż chwieją się w swoich zawiasach, ją jednak zbyt kochano, by mogła poznać, co to strach.
W tym surowym kraju dzieci nie pozostają długo młode. Nie mają zabawek, więc ciężko pracują i szybko mądrzeją, ale to dziecko, tak ładne, najmłodsze w rodzinie, urodzone późno, rozpieszczają matka i babka. To babka zrobiła dla niej na drutach czerwony szal, który dzisiaj złowieszczo odbija się jaskrawym kolorem krwi od śniegu. Piersi dziewczyny dopiero co zaczęły się zaokrąglać, włosy ma jak konopie, tak jasne, że ledwo odróżniają się od bladego czoła, jej policzki to przysłowiowa krew z mlekiem. Właśnie rozpoczęły się u niej kobiece krwawienia, wewnętrzny zegar odtąd uderzać będzie raz w miesiącu.
Tkwi i porusza się w niewidzialnym pentagramie własnej dziewiczości. Jest jak nie naruszone jajko, jak zaplombowane naczynie, ma w sobie magiczną przestrzeń, do której wejście szczelnie pieczętuje błona; jest obiegiem zamkniętym, nie wie, co to dreszcz. Ma swój nóż i nie boi się niczego.
Ojciec może by jej nie puścił, gdyby był w domu, ale daleko w lesie zbiera drwa na opał, a matka niczego nie potrafi jej odmówić.
Las zamknął się za nią niby para szczęk.
W lesie jest zawsze na co popatrzeć, nawet w środku zimy: nastroszone kulki ptaków w zimowym letargu, zbite w gromadkę na skrzypiących gałęziach i zbyt nieszczęśliwe, by śpiewać; jaskrawe frędzle zimowych grzybów na popękanych pniach, klinowe ślady królików i jeleni, odbicia ptasich łapek, przypominające w rysunku rybi kręgosłup, zając, chudy jak plasterek bekonu, śmigający przez ścieżkę, tam gdzie blade słońce nakrapia rdzawe liście zeszłorocznych paproci.
Na dźwięk mrożącego krew w żyłach wycia wilka chwyciła za rękojeść noża wprawną dłonią, ale wilka nie było ni śladu, ani też nagiego mężczyzny nigdzie, raptem jednak w zaroślach rozległo się tupanie i na ścieżkę wyskoczył w pełni ubrany, niezwykle urodziwy młodzian, w zielonym kaftanie i myśliwskim kapeluszu z szerokim rondem, obładowany ustrzelonymi ptakami. Położyła dłoń na rękojeści, kiedy tylko dobiegł ją trzask pierwszej gałązki, lecz on, ujrzawszy ją, roześmiał się, błyskając białymi zębami, i złożył jej żartobliwy, acz pochlebny ukłon. Nigdy przedtem nie widziała tak eleganckiego kawalera, na pewno nie wśród młodych gburów z rodzinnej wioski. Powędrowali więc razem w gasnącym świetle popołudnia.
Niebawem żartowali i śmiali się jak starzy znajomi. Kiedy zaproponował, że poniesie jej koszyk, zgodziła się, w koszyku miała wprawdzie nóż, ale on powiedział, że jego strzelba ich obroni. Wraz z zapadaniem zmierzchu zaczął znowu prószyć śnieg, poczuła, jak pierwsze płatki osiadają jej na rzęsach, lecz został już tylko niespełna kilometr do przebycia, a w perspektywie ogień na kominku, gorąca herbata i powitanie, bez wątpienia serdeczne, nie tylko dla niej, ale także dla szykownego myśliwego.
Młodzieniec miał w kieszeni niezwykły przedmiot: kompas. Patrzyła na małą szklaną tarczę w jego dłoni i obserwowała drgającą wskazówkę z nieopisanym zdziwieniem. Zapewniał ją, że kompas bezpiecznie prowadził go przez las podczas tego polowania, ponieważ wskazówka z bezbłędną dokładnością pokazuje, gdzie jest północ. Nie uwierzyła, wiedziała, że pod żadnym pozorem nie wolno jej zboczyć ze ścieżki podczas leśnej wędrówki, gdyż natychmiast zabłądzi. Znów ją wyśmiał, błyszczące smużki śliny przylgnęły mu do zębów. Oświadczył, że jeśli zejdzie z drogi i zapuści się w otaczający ich bór, gwarantuje, że przybędzie do chatki babci na dobry kwadrans przed nią, kierując się przez zarośla według kompasu, podczas gdy ona nałoży drogi, posuwając się krętą ścieżką.
– Nie wierzę ci. Poza tym, czy nie obawiasz się wilków?
Poklepał tylko błyszczącą kolbę i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Czy to zakład? – spytał. – Mamy sobie urządzić zabawę? Co mi dasz, jeśli dotrę do domku babci przed tobą?
– A co byś chciał? – zapytała obłudnie.
– Całusa.
Banalne wiejskie zalecanki. Spuściła oczy i zarumieniła się.
Ruszył przez chaszcze, biorąc ze sobą koszyk, ale jej nie było w głowie obawiać się dzikich zwierząt, i chociaż wzeszedł już księżyc, zamierzała iść powoli, aby mieć pewność, że przystojny młodzian wygra zakład.
Chatka babci stała samotnie w pewnej odległości od wioski. Padający śnieg wirował nad warzywnikiem. Młody człowiek stąpał ostrożnie po ośnieżonej ścieżce wiodącej ku drzwiom, jak gdyby obawiał się zamoczyć nogi, a idąc, kołysał upolowanym ptactwem oraz koszykiem dziewczyny i nucił cicho pod nosem.
Na jego brodzie widnieje nikły ślad krwi, pożywiał się swoją zdobyczą.
Zastukał w okiennice kłykciami.
Wiekowa i krucha babcia w trzech czwartych poddała się już śmiertelności, którą zapowiada rwanie w kościach, a prawie gotowa jest ulec do końca. Godzinę temu chłopak z wioski rozpalił jej ogień pod kuchnią, który trzaska i oświetla izbę. Stara pobożna kobieta ma za towarzystwo Biblię. Leży wsparta na kilku poduszkach w łóżku, na chłopską modłę przytwierdzonym do ściany, otulona zszytą z kawałków kołdrą, którą zrobiła jeszcze przed ślubem, lat temu więcej, niż miałaby ochotę pamiętać. Dwa porcelanowe wyżly z sierścią w wątrobiane plamy i czarnymi nosami siedzą po obu stronach kominka. Chodnik z kolorowych gałgankow leży na ceglanych płytkach. Stojący zegar odmierza uciekający czas.
Żyjąc wygodnie, trzymamy wilki za progiem
Zastukał w okiennice włochatymi kłykciami.
To twoja wnuczka, naśladował wysoki sopran.
Podnieś zapadkę i wejdź, moje kochanie.
Poznasz ich po oczach, oczach drapieżnej bestii, nocnych, przerażających oczach, czerwonych jak rana; możesz rzucać w niego Biblią, babciu, i leszcze swoim fartuchem, myślałaś, że to skuteczne zabezpieczenie przed tą wieczną plagą...... wzywaj teraz Chrystusa i jego matkę, i wszystkich aniołów w niebiesiech na pomoc, ale to cię nie uratuje.
Jego dziki pysk jest ostry jak nóż; gość upuszcza na stół zmiażdżonego złocistego bażanta. Stawia także koszyk twojej kochanej dziewczynki. O Boże mój, co z nią zrobiłeś?
On zrzuca przebranie, ów kaftan w leśnych barwach, kapelusz z piórem zatkniętym za wstążkę, zmierzwione włosy spływają na białą koszulę, stara kobieta widzi ruszające się w nich wszy. Chrust w palenisku przesuwa się i syczy, noc i las nawiedziły kuchnię wraz z ciemnością wplątaną w jego włosy.
Zrywa z siebie koszulę. Jego skóra ma kolor i fakturę pergaminu. Pasmo kędzierzawych włosów przecina brzuch, sutki ma dojrzałe i ciemne jak trujący owoc, ale jest tak chudy, że można by policzyć mu żebra, gdyby dał na to czas. Zrywa ze siebie spodnie. Można teraz zobaczyć, jak bardzo owłosione są jego nogi. A przyrodzenie – olbrzymie. Ach, jakie olbrzymie.
Ostatnie, co stara kobieta zobaczyła na tym świecie, to młody człowiek o oczach jak żagwie, nagi jak posąg, zbliżający się do jej łóżka.
Wilk to urodzony mięsożerca.
Kiedy z nią skończył, oblizał się i szybko ubrał na powrót, aż wyglądał tak, jak kiedy wszedł w drzwi. Spalił niejadalne włosy, a kości owinął w serwetę, którą ukrył pod łóżkiem w drewnianej skrzyni, gdzie znalazł czyste prześcieradła. Rozłożył je starannie na łóżku w miejsce tamtych zdradziecko poplamionych, które wrzucił do kosza z brudną bielizną. Poprawił poduszki, strzepnął łaciatą kołdrę, podniósł Biblię z podłogi, zamknął i położył na stole. Wszystko było jak przedtem oprócz tego, że zabrakło babci. Chrust trzaskał na palenisku, zegar tykał, a młody człowiek siedział cierpliwie koło łóżka, w babcinym czepku na głowie dla niepoznaki.
Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk.
Kto tam, odpowiada on drżącym starczym falsetem babci.
Tylko twoja wnuczka.
Weszła więc, wnosząc kłąb śniegu, który stopniał łzami na płytkach, i może odczuła pewne rozczarowanie, widząc tylko babkę siedzącą przy ogniu. Ale wtedy on odrzucił pled i skoczył do drzwi, i przywarł do nich plecami, tak że nie mogła już wyjść.
Dziewczyna rozejrzała się po izbie i zobaczyła, że nie ma nawet śladu odciśnięcia głowy na gładkiej poduszce, a także, co widziała po raz pierwszy – że Biblia leży zamknięta na stole. Tykanie zegara było jak trzask bicza. Chciała wziąć nóż ze swego koszyka, ale nie ośmieliła się po niego sięgnąć, ponieważ on nie spuszczał z niej oczu – oczu olbrzymich, które wydawały się gorzeć niezwykłym wewnętrznym światłem, oczu wielkości spodków, spodków napełnionych ogniem greckim, diabelską fosforescencją.
– Jakie masz wielkie oczy.
– Żeby cię lepiej widzieć.
Ani śladu staruszki poza kosmykiem białych włosów, który uwiązł w korze nie strawionego ogniem bierwiona. Kiedy dziewczyna to dostrzegła, zrozumiała, że znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
– Gdzie jest moja babcia?
– Nie ma tu nikogo oprócz nas dwojga, moje kochanie.
Wtem rozległo się wokół potężne wycie, blisko, bardzo blisko, nie dalej niż w warzywniku, wycie całego stada wilków; wiedziała, że najgorsze są wilki włochate w środku, i zadrżała mimo szkarłatnego szala, otulając się nim szczelniej, jakby mógł stanowić osłonę, choć był czerwony jak jej krew, która musi popłynąć.
– Któż to przyszedł śpiewać nam kolędy – powiedziała.
– To głosy moich braci, kochanie, lubię towarzystwo wilków. Wyjrzyj oknem, a je zobaczysz.
Śnieg zasypał do połowy okno, które teraz otworzyła, by popatrzeć na ogród. Noc była jasna od księżyca i śniegu, w szalejącej zadymce wychudłe szare bestie przysiadły na tylnych łapach pośród rzędów zimowej kapusty, zwracając spiczaste pyski do księżyca i wyjąc, jakby serca miały im pęknąć. Dziesięć wilków, dwadzieścia wilków, tyle wilków, że straciła rachubę, wyjących chórem jak oszalałe, jak obłąkane. Ich oczy odbijały światło z kuchni i świeciły jak sto świec.
Jest bardzo zimno, biedactwa, powiedziała. Nic dziwnego, że tak wyją.
Zamknęła okno i nie było już słychać wilczych trenów, zdjęła szkarłatny szal – koloru maków, koloru poświęceń, koloru swoich miesiączek, a ponieważ strach jej nie pomógł, przestała się bać.
– Co mam zrobić z moim szalem?
– Wrzuć go w ogień, najdroższa. Nie będzie ci już potrzebny.
Zwinęła szal i wrzuciła w płomienie, które natychmiast go pochłonęły. Następnie ściągnęła bluzkę przez głowę, jej drobne piersi zalśniły, jakby śnieg dostał się do pokoju.
– Co mam zrobić z bluzką?
– Ją też rzuć w ogień, serdeńko.
Cienki muślin, gorejąc, uniósł się kominem jak czarodziejski ptak, po czym przyszła kolej na spódnicę, wełniane pończochy, buty, wszystko znalazło się w ogniu i przepadło na zawsze. Blask ognia prześwietlał jej skórę, teraz okryta była jedynie nietkniętą powłoką swego ciała. Olśniewająca i naga, przeczesała włosy palcami – jej włosy wydawały się równie białe jak śnieg na dworze. Następnie podeszła prosto do mężczyzny o czerwonych oczach, w którego zmierzwionej grzywie ruszały się wszy, stanęła na palcach i rozpięła mu kołnierz koszuli.
– Jakie masz duże ramiona.
– Żeby cię lepiej objąć.
Wszystkie wilki świata zaintonowały pieśń weselną za oknem, gdy z własnej woli ofiarowała mu pocałunek, który mu była winna.
– Jakie masz duże zęby!
Zobaczyła, że jego szczęki ociekają śliną, izba zatrzęsła się od leśnej Liebestod, ale mądre dziecko ani drgnęło, nawet kiedy odpowiedział:
– Żeby cię łatwiej zjeść.
Dziewczyna wybuchnęła śmiechem, wiedziała, że twardy z niej kąsek. Roześmiała mu się prosto w twarz, zerwała z niego koszulę i rzuciła ją w ogień, w ślad za swoją własną gorejącą odzieżą. Płomienie tańczyły jak duchy zmarłych w noc Walpurgi, a stare kości pod łóżkiem rozpoczęły makabryczny grzechot, ale nie zwracała na to najmniejszej uwagi.
Urodzony mięsożerca, tylko nieskalane ciało go poskromi.
Położy sobie na kolanach jego groźny łeb i będzie iskała wszy z jego sierści, a może włoży wszy do ust i zje, jeżeli on jej każe, tak jak by zrobiła to w jakiejś prymitywnej ceremonii zaślubin.
Zadymka się uspokoi.
Zadymka się uspokoi, zostawiając góry pokryte śniegiem tak przypadkowo, jakby to niewidoma rzuciła na nie prześcieradło, a wyższe gałęzie pobielone niczym wapnem, trzeszczące i uginające się pod ciężarem.
Blask śniegu, blask księżyca, plątanina zwierzęcych tropów.
Wszystko ciche, wszystko nieruchome.
Północ, zegar wybija godzinę. To Boże Narodzenie, wilcze urodziny, wrota przesilenia stoją otworem, pozwólmy im wszystkim wejść do środka.
Popatrzcie! Słodko i mocno śpi dziewczyna w babcinym łóżku, między łapami czułego wilka.
24 września, 2006
23 września, 2006
A oto moja nowiutka zdobycz: runa Nauthiz. Wybrana intuicyjnie. A oto co później przeczytałam:
nazwa runy: naudiz, naudhiz, nauths, nied, nyd, naudh, nauthiz, not, nied, naut, nyd, naud
głoska: n
znaczenia nazwy: potrzeba, konieczność, przymus, może też oznaczać słowo "nie"
drzewo: buk
zwierzę: szczur, wilk
faza księżyca: nów
żywioł: ogień
kamień: lapis lazuli
kolory: szary, czarny
arkan Tarota: XXI Świat
bóstwo: Magni
charakter: runa energetyczna
właściwości: runa nieodwracalna
zdrowie: pomocna w leczeniu depresji, chorób dziedzicznych, , łagodzi bóle stawów, wzmacnia włosy
kluczowe właściwości: niepomyślność, ślepy los, przeznaczenie, przymus, obowiązek, ograniczenie, robienie tego, co trzeba, a nie tego, co by się chciało
remedium feng-shui: runa umieszczona w rejonie pólnocno-wschodnim pomoże nam w zdobywaniu wiedzy
zastosowanie magiczne: dodaje sił w ciężkich chwilach , pomaga przetrwać kryzys i trudny okres.
16 września, 2006
14 września, 2006
Moja karta tarota to Cesarz...
Masz władczą i zdecydowaną naturę. Jesteś konsekwentny i odpowiedzialny.Nigdy nie wycofujesz się z raz podjętych decyzji i brniesz z podniesionym czołem pomimo trudności. Jesteś ambitny i dumny. Potrafisz być samodzielny i stanowczy. Te cechy umożliwiają Ci realizowanie celów życiowych, które jasno potrafisz przed sobą stawiać. Jesteś też dobrym organizatorem. Jednym słowem nadajesz się na szefa. Satysfakcję przyniosą Ci stanowiska, które dadzą Ci władzę. Może być to nauczyciel, ale i polityk, dyrektor przedsiębiorstwa bądź kierownik w biurze. Nie lubisz przyznawać się do własnych błędów, wolisz więc odcierpieć i naprawić je nawet kosztem własnego szczęścia i spokoju. Podobnie duma i poczucie wyższości, może Ci utrudniać relacje z otoczeniem. Nie sprzyja to również harmonijnym związkom partnerskim chyba, że partner zaakceptuje Twoją wyższość i władczość. Ponieważ w Twoim charakterze dominują cechy męskie, dobrym dla Ciebie partnerem będzie osoba o przeważających cechach żeńskich. Najszczęśliwszy związek stworzysz z osobą, której kartą życia jest CESARZOWA. Aby być w życiu szczęśliwym musisz zaakceptować swoją wewnętrzną siłę i aktywnie ją wykorzystywać. Jeśli będziesz sam przed sobą i innymi zaprzeczać, że jesteś silnym człowiekiem odbije się to negatywnie na Twoim zdrowiu. Największy błąd jaki możesz popełnić w życiu, to dać się zdominować.
13 września, 2006
"Czy naprawdę pytasz jaki powód skłaniał Pitagorasa do niejedzenia mięsa? Zastanawiam się raczej przez jaki przypadek oraz w jakim stanie świadomości musiał być pierwszy człowiek, który swoimi ustami posmakował rozlanej krwi i wbił swoje zęby w mięso nieżywego stworzenia, zastawił stoły martwymi, cuchnącymi ciałami i miał czelność nazwać jedzeniem i pożywieniem części, które jeszcze chwilę wcześniej krzyczały i płakały, poruszały się i żyły. Jak oczy mogły znieść widok rzezi, gdy podrzynane były gardła i zdzierana skóra, a kończyny odrywano od kończyn. Jak jego nos wytrzymać mógł ten zapach? Jak to się stało, że nieczystości nie odebrały mu smaku, gdy ten miał kontakt z ranami, wysysając ich soki oraz serum ze śmiertelnych ran? I z pewnością nie są to lwy czy wilki, które zjadamy w odruchu samoobrony - wręcz przeciwnie - ignorujemy to i zarzynamy niewinne, oswojone istoty, które nie posiadają żądeł ani kłów, którymi mogłyby nas zranić. Z powodu kawałka mięsa pozbawiamy ich słońca, światła, całej życiowej ewolucji, do której mają prawo poprzez narodziny oraz życie.
Jeżeli twierdzisz, że natura zaprojektowała Cię abyś jadł mięso, to najpierw zabij własnoręcznie to co zamierzasz zjeść. Zrób to, uzbrojony jednak tylko w to, w co wyposażyła Cię natura, bez pomocy noża, tasaka czy topora."
(Plutarch)
02 września, 2006
Jest port wielki jak świat co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat pieśni swe nucą tam.
Jest jak świat wielki port, marynarze w nim śpią,
Jak daleko śpi fiord, zanim świt zbudzi go.
Jest port wielki jak świat, marynarze w nim mrą,
Umierają co świt, pijąc piwo i klnąc.
Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat nowi rodzą się tam.
Marynarze od lat złażą tam ze swych łajb,
Obrus wielki jak świat czeka ich w każdej z knajp.
Obnażają swe kły skłonne wgryźć się w tę noc,
W tłuste podbrzusza ryb, w spasły księżyc i w noc.
Do łapczywych ich łap wszystko wpada na żer,
Tłuszcz skapuje kap, kap, z rybich wątrób i serc.
Potem pijani w sztok w mrok odchodzą gdzieś,
A z bebechów ich w krąg płynie czkawka i śmiech.
Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat tańce swe tańczą tam.
Lubią to bez dwóch zdań, lubią to bez dwóch zdań,
Gdy o brzuch swych pań ocierają swój brzuch.
Potem buch kogoś w łeb, aż na dwoje mu pękł,
Bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk.
Akordeon też już wydał ostatni dech,
I znów obrus i tłuszcz, i znów czkawka i śmiech.
Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat zdrowie pań piją tam.
Pań tych zdrowie co noc piją w grudzień czy w maj,
Które za złota trzos otwierają im raj.
A gin, wódka i grog, a grog, wódka i gin,
Rozpalają im wzrok, skrzydeł przydają im.
Żeby na skrzydłach tych mogli wzlecieć, hen, tam,
Skąd się smarka na świat i na port Amsterdam.
26 sierpnia, 2006
Śmierć jest tym niewielkim stworzeniem, co właśnie przecięło patio i o którym złudzenie jest lekkie jak oddech, mówi nam, że jest to zwykły domowy kot, kot który właśnie przeciął ci drogę i którego już nigdy nie ujrzysz.
Śmierć jest tym przyjacielem, którego widzisz na rodzinnych fotografiach, stojącym dyskretnie na uboczu i którego dzisiaj już nikt nie potrafi rozpoznać.
Śmierć we końcu jest tą plamą na murze, którą pewnego wieczoru oglądaliśmy z bezwiednym uczuciem lęku.
(Eliseo Diego)
20 sierpnia, 2006
15 sierpnia, 2006
Że nie dałaś mi mamo zielonookich snów.
Nie, nie żałuję.
Że nie znałam klejnotów ni koronkowych słów.
Nie żałuję.
Że nie mówiłaś mi, jak szczęście kraść spod lady,
i nie uczyłaś mnie życiowej maskarady.
Pieszczoty szarej tych umęczonych dni, nie żal mi,
nie żal mi.
Nie, nie żałuję.
Przeciwnie, bardzo ci dziękuję, kochana,
żeś mi odejść pozwoliła, po to, bym żyła tak jak żyłam.
Że nie dałeś mi szczęścia, pierścionka ani psa.
Nie żałuję.
Że nie dzwonisz po nocach: kochanie, tak to ja.
Nie żałuję.
Że nie załatwisz mi posady sekretarki,
i że nie noszę twojej szarej marynarki.
Że patrzysz na mnie jak teatralny widz,
to nic, to nic.
Nie, nie żałuję.
Przeciwnie, bardzo ci dziękuję, kochanie,
za to, że jesteś królem karo,
że jesteś zbrodnią mą i karą.
Że w tym kraju przeżyłam tych parę trudnych lat.
Nie żałuję.
Że na koniec się dowiem: ot, tak się toczy świat.
Nie żałuję.
Że nie załatwią mi urlopu od pogardy,
i że nie zwrócą mi uśmiechu jak kokardy.
Pieszczoty szarej tych udręczonych dni,
nie żal mi, nie żal mi.
Nie, nie żałuję.
Przeciwnie, bardzo ci dziękuję, mój kraju,
za jakiś czwartek, jakiś piątek, jakiś wtorek,
i za nadziei cały worek.
Nie, nie żałuję.
Przeciwnie, bardzo ci dziękuję,
za to, że jesteś moim krajem,
że jesteś piekłem mym i rajem.
Nie żałuję.
Nie żałuję.
Nie żałuję.
13 sierpnia, 2006
Dla radowania się i bólu
Człowiek urodził się na ziemi.
Jeśli to rozumiemy dobrze,
Bezpiecznie przez ten świat idziemy.
Każdego ranka, każdej nocy
Dla męki ktoś na świat przychodzi.
Każdego ranka, każdej nocy
Dla szczęśliwości ktoś się rodzi.
Jedni się rodzą dla radości,
Inni dla nocy i ciemności.
09 sierpnia, 2006
nie opowiadaj mi o słowiańskiej duszy
polskości od pokoleń i czystości rasy
przez tę ziemię przez setki lat
w stukocie końskich kopyt
i szumie gąsienic
przewalały się obce wojska
paląc miasta i ognie przy drogach
a nasze przerażone babki
rozkładały przed nimi nogi
w nadziei na uratowanie dobytku i życia
przez tę ziemię przez setki lat
przemieszczały się tabory kupców
o dziwnym języku i obyczajach
a nasze chciwe babki
rozkładały przed nimi nogi by zdobyć
chusteczkę biżuterię pachnidła
i tylko czasem przerażony ptak
zerwał się z szuwarów do lotu
gdy kobiety z krzykiem rodziły dzieci
tak niepodobne do mężów
06 sierpnia, 2006
04 sierpnia, 2006
30 lipca, 2006
Początek brzmi tak:
Całuj mnie, najmilejszy; wargi masz jak wino,
jak wino mnie odurza smak twojej miłości.
Samo imię twe pachnie łakomym dziewczynom
wonnym olejkiem — sługą ich piękności.
Weź mnie wreszcie, wbiegnijmy na twoje komnaty,
daj się sobą nacieszyć i weselić społu:
pijąc miłość piłabym bez tchu, do zatraty —
potężniejszego nie zaznam żywiołu.
Powiedają, żem ciemna — córki Jeruzalem,
jak namioty Kedaru, jak tkanina salmy.
Ogorzałam od słońca, wszakoż się nie żalę:
nad gniewem braci mojej raczej się użalmy,
że mi winnic kazali strzec w tej okolicy
choć własnej nie zdołałam uchronić winnicy —
podobna do samotnej na pustyni palmy.
Ty, ze szczerej któregom ukochała duszy —
zdradź, gdzie gonisz na wypas swoje rojne stado,
gdzie szukasz wodopoju w tej upalnej głuszy,
bym nie błądząc trafiła za twoją gromadą.
CHÓR
Jeśli, nadobna, nie wiesz, boś przejęta —
idź tropem trzody, gdzie bywa pędzona,
lubo w stadzie pasterzy paś swoje koźlęta.
ON
Strojnaś jak ta z rydwanu klaczka Faraona —
twarz zdobna wisiorami, szyja śród korali...
Zmienię ci te wisiorki w szczerozłote grona,
korale na twej piersi blask srebra rozpali.
ONA
Gdy Król się bawi, hucznie oblegany —
mój nard rozsiewa swój nektar wiosenny —
woreczkiem mirry mój umiłowany
między piersiami memi, kiścią henny
z winnic Engaddi.
ON
Przyjaciółko miła,
oczy masz... takież mają gołębice!
ONA
Niechaj więc tobą te oczy zachwycę —
spójrz, jak się trawa dla nas rozścieliła...
ON
Z cyprysów mamy tej alkowy ściany,
a z koron cedrów strop z liści utkany...
ONA
Będę’ć więc lilią polną z Palestyny.
ON
Jak lilia między ciernistemi krzewy —
tyś mi wykwitła nad inne dziewczęta.
23 lipca, 2006
(R. Heinlen)
22 lipca, 2006
Główna cecha mojego charakteru: Dociekliwość
Cechy, których szukam u mężczyzny: Inteligencja, ciepło, szczerość, zaradność, subtelność
Cechy, których szukam u kobiety: Inteligencja, ciepło, szczerość, zaradność, subtelność
Co cenię u przyjaciół: Że są
Moja główna wada: Nadwrażliwość
Moje ulubione zajęcie: Czytanie
Moje marzenie o szczęściu: Całkowity spokój i zadowolenie z siebie
Co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: Zależność
Co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: Doświadczenie fałszu bliskiej osoby
Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: Płetwalem błękitnym
Kiedy kłamię: W ostateczności
Słowa, których nadużywam: "Jak możesz tego nie wiedzieć!"
Ulubieni bohaterowie literaccy: Mała Mi
Ulubieni bohaterowie życia codziennego: Strażnicy miejscy
Czego nie cierpię ponad wszystko: Powierzchowności
Dar natury, który chciałbym posiadać: Hibernacja
Jak chciałbym umrzeć: We własnym łóżku
Obceny stan mojego umysłu: Odrętwienie
Błędy, które najłatwiej wybaczam: Podobne do moich
Moja dewiza: "Żyj tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał"
21 lipca, 2006
20 lipca, 2006
Up those stone steps I climb
Hail this joyful day's return
Into its great shadowed vault I go
Hail the Pentecostal morn
The reading is from Luke 24
Where Christ returns to his loved ones
I look at the stone apostles
Think that it's alright for some
And I wish that I was made of stone
So that I would not have to see
A beauty impossible to define
A beauty impossible to believe
A beauty impossible to endure
The blood imparted in little sips
The smell of you still on my hands
As I bring the cup up to my lips
No God up in the sky
No devil beneath the sea
Could do the job that you did, baby
Of bringing me to my knees
Outside I sit on the stone steps
With nothing much to do
Forlorn and exhausted, baby
By the absence of you
19 lipca, 2006
jestem jak papier ścierny
chropawy
szorstki
spójrz; telefon jak wąż
pręży się do skoku
telefon jest po to by powiedzieć
tak – nie
przyjdę – nie przyjdę
niedługo – jutro
a nie po to by mówić
płakać
wzdychać
wyznawać
jestem jak papier ścierny
nie do przytulania
nie do głaskania
spójrz; za twym oknem
latarnie układają się
w płonący bukiet
więc po co ci kwiaty
posłuchaj; miejsce kwiatów
jest na łące
kwiaty w wazonie mają w sobie
coś z pornografii dziecięcej
jestem jak papier ścierny
nie do mruczenia
nie do wyznań
spójrz; płatki śniegu
jak pudle białe
łaszą się do twoich stóp
więc po co ci moje pieszczoty
kanciaste
niezgrabne
jestem jak papier ścierny
na twych palcach
kropelek krwi
widzę kilka
17 lipca, 2006
Enneagram Institute
free enneagram test
16 lipca, 2006
Zdradziliśmy cierpiących, bo wykluczyliśmy ich ze społeczeństwa.
Zdradzeni zostali cisi, albowiem oni maja za wszystko odpowiadać.
Zdradzeni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, bo ważniejsza jest siła niż prawo.
Zdradziliśmy miłosiernych, albowiem świat płaci im niewdzięcznością.
Zdradzeni czystego serca, bo są przedmiotem drwin i pośmiewiska.
Zdradzeni, którzy wprowadzają pokój, bo oni wpadają między fronty.
Zdradzeni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem i tak nic się nie da zmienić i wszystko w końcu zostaje jak było.
(Publik Forum 1980)
14 lipca, 2006
| You scored as atheism. You are... an atheist, though you probably already knew this. Also, you probably have several people praying daily for your soul. Instead of simply being "nonreligious," atheists strongly believe in the lack of existence of a higher being, or God.
Which religion is the right one for you? (new version) created with QuizFarm.com |
12 lipca, 2006
Nie mogę czekać już dłużej ani chwili
Muszę znać prawdę choć będzie najgorsza
Gdy nad nami wiszą znów ciemne chmury, wiem na pewno
Ze nic dobrego mnie już nie może spotkać
Chociaż chcę wiedzieć to nigdy nie spytam
Niech smutek zamieszka pod naszym dachem
Polubić muszę go bo jeśli nagle odejdziesz to
Ja nie zostanę tu zupełnie sama
Zbieram wciąż chwile pomiędzy stronami
Układam niech się zasuszą nim zwiędną
Niebo nie dla mnie, wiem, lecz jeśli nagle odejdziesz to
Smutek nie starczy by cię zapamiętać
Niedawno ta piosenka podobała mi się ot, tak. Teraz... teraz doszukuję się w niej czegos więcej. Może to niedobrze, ale jest mi przez to bliższa.
Sześć razy dziesięć, nie wiesz o tym?
Czy można dojść tam, nim zgaśnie świeczka?
nie tylko tam, ale i z powrotem.
Jeśliś więc szybki, przyjacielu
Nim zgaśnie świeczka, dojdziesz do celu.
Zapytano mnie wczoraj, do czego potrzebny mi ten blog. "Żeby publicznie pluć jadem i żółcią" odpowiedziałam. Ale z pewnoscią nie w taką pogodę.
Inna z kolei osoba pytała mnie, dlaczego nie używam bielizny erotycznej. Odpowiedź na to jest jeszcze prostsza:
11 lipca, 2006
10 lipca, 2006
Bądź mi od stóp do głowy, od pięty do ucha
Od kolan do pachwiny, od łokcia do paznokci
Pod pachą, pod językiem, od łechtaczki do rzęs
Bądź biegunem mojego pomylonego serca
Rakiem, który mózg jedząc pozwoli poczuć mózg
Bądź wodą tlenu dla spalonych płuc
Bądź mi stanikiem, majtkami, podwiązką
Bądź kołyską dla ciała, niańką co kołysze
Jedz mi brud zza paznokci, pij miesięczna krew
Bądź żądzą i spełnieniem, rozkoszą, znowu głodem
Przeszłością i przyszłością, sekunda i wiecznością
Bądź chłopcem, bądź dziewczyną, bądź nocą i dniem
Bądź mi życiem, radością, bądź śmiercią, zazdrością
Bądź złością i pogarda nieszczęściem i nudą
Bądź Bogiem, bądź Murzynem, ojcem, matka synem
Bądź- i nie pytaj, jak Ci się wypłacę
A wtedy darmo weźmiesz najpiękniejszą zdradę:
Miłość, która obudzi śpiącą w Tobie śmierć



