28 grudnia, 2006

"Jedynie dzięki zabiegom kulinarnym zmiękczone i przemienione mięso przybiera postać nadającą się do przeżuwania i trawienia, i wyłącznie dzięki temu widok krwawych soków i przeraźliwa barwa nie wzbudzają w nas odrazy i wstrętu nie do zniesienia. Niech zwolennik jedzenia mięsa podda sam siebie rozstrzygającemu eksperymentowi co do własnej odporności i, jak doradzał Plutarch, niech rozszarpie żywe jagnię własnymi zębami i zanurzy głowę w jego wnętrznościach, gasząc swoje pragnienie żywą krwią; i niech zaraz po tym przeraźliwym doświadczeniu powróci do tych przemożnych naturalnych instynktów i niech powie: "To natura mnie do tego przysposobiła". Wtedy i tylko wtedy będzie on w zgodzie sam ze sobą."
(Percy Shelley)

27 grudnia, 2006

"Od dziecka czytałam każdą napotkaną książkę.
Wyobrażałam sobie długie podróże, dalekie kraje i miasta.
Marzyłam, żeby zostać kapitanem statku przemierzającego oceany.

Marzyłam zawsze o znalezieniu skarbu."
(Raisa Gorbaczowa)

Czytam te słowa raz po raz, i dziwię się, jak bardzo do mnie pasują.
Moja wyobraźnia- magiczne ognisko, które żywi się słowem pisanym.
Moja wyobraźnia- tworzy barwne, pachnące, tętniące dźwiękiem obrazy.

25 grudnia, 2006

Przekaz z roku 1854 pozostawiony przez wodza Indian Seattle

Każda połać tej ziemi jest dla mojego narodu święta, każda błyszcząca igła jodły, każdy piaszczysty brzeg, każda mgła w ciemnych lasach, każdy błyszczący owad - wszystko to jest święte; w myślach i praktyce mojego narodu. Sok płynący w drzewach nosi w sobie wspomnienie Czerwonego Człowieka.

Umarli Białych zapominają kraj swego urodzenia, gdy odchodzą, aby wędrować wśród gwiazd. Nasi umarli nie zapomną nigdy tej cudownej ziemi, bo ona jest Czerwonemu Człowiekowi Matką. My jesteśmy cząstką ziemi i ona jest cząstką nas.

Pachnące kwiaty to nasze siostry; sarna, koń, wielki orzeł - to nasi bracia. Skaliste góry, soczyste łąki, ciepło ciała kucyka - i człowiek - wszystko to należy do jednej rodziny.

Jeżeli przeto Wielki Wódz z Waszyngtonu podaje nam do wiadomości, że chce kupić nasz kraj, to żąda od nas wiele. Wielki Wódz w Waszyngtonie zawiadomił nas też, że ofiaruje nam miejsce, gdzie będziemy mogli żyć spokojnie wśród swoich. On będzie naszym ojcem, a my jego dziećmi.

Przemyślimy więc wasza propozycję sprzedania naszego kraju. Nie będzie to jednak łatwe, bo przecież ten kraj jest dla nas święty.

Błyszcząca woda, co goni w strumieniach i rzekach, jest nie tylko wodą - ale także krwią naszych przodków. Jeżeli sprzedamy wam ten kraj, musicie wiedzieć, że jest on święty i uczyć wasze dzieci, że każdy duch odbijający się w czystych wodach jezior opowiada o wydarzeniach i tradycjach naszego narodu. Szmer wody jest głosem naszych praojców.

Rzeki są naszymi braćmi; to one gaszą nasze pragnienie, dźwigają nasze łodzie i żywią nasze dzieci. Jeżeli sprzedamy nasz kraj, to musicie o tym pamiętać i uczyć wasze dzieci: rzeki są naszymi braćmi - i waszymi - i odtąd musicie je szanować tak samo, jak każdego innego brata.

Czerwony Człowiek wycofuje się nieustannie przed nacierającym Białym Człowiekiem - jak ustępuje wczesna mgła w górach przed porannym słońcem. Ale popiół naszych jest święty, ich groby są ziemią uświęconą - i tak dla nas uświęcone są te pagórki, te drzewa, ta część naszej ziemi. Wiemy, że Biały Człowiek nie rozumie naszego sposobu bycia. Dla niego jedna część kraju nie różni się niczym od drugiej, bo Biały Człowiek jest obcy; przychodzi nocą i wydziera ziemi, co tylko potrzebuje. Ziemia nie jest jego bratem lecz wrogiem, a zdobywszy ja kroczy wciąż dalej i dalej. Zostawia groby swoich ojców i nie troszczy się o nie. Ziemię odbiera dzieciom i nie troszczy się o nie. Zapomniane zostały groby jego ojców i prawa rodzinne jego dzieci. Swoja matkę-ziemię i swego brata-niebo traktuje jak rzeczy do kupowania i plądrowania, do sprzedawania niczym owce albo świecące perły. Jego nienasycenie pochłonie ziemie, zostawiając wszędzie tylko pustynie.

Nasz sposób życia jest inny niż wasz. Wygląd waszych miast zadaje ból oczom Czerwonego Człowieka. Być może dlatego, że Czerwony Człowiek jest dzikusem i niewiele rozumie. W miastach Białych brakuje ciszy. Nie ma takiego miejsca gdzie można by słuchać jak rozwijają się liście wiosną, jak brzęczą owady. Ale może to tylko dlatego, że jestem dziki i nie potrafię tego wszystkiego zrozumieć. Miejski łoskot jest zniewaga dla uszu. Co to za życie, gdy nie można usłyszeć wołania samotnego lelka albo nocnego kumkania żab w stawie ? Jestem Czerwonym Człowiekiem i nie rozumiem tego. Indianin kocha łagodny szmer wiatru przelatującego nad stawem, kocha zapach wiatru oczyszczonego południowym deszczem, albo wiatru ciężkiego od sosnowej woni. Powietrze jest czymś drogocennym dla Czerwonego Człowieka - bo wszystkie rzeczy podzielają ten sam oddech: zwierzę, drzewo, człowiek - wszystkie podzielają ten sam oddech. Biały Człowiek zdaje się nie zauważać powietrza, którym oddycha; nieczuły na wszelkie smrody, jest jak konający tygodniami. Ale jeśli sprzedamy wam nasz kraj, nie możecie zapominać, że powietrze jest dla nas czymś drogocennym, że powietrze rozdziela swojego ducha na wszelkie życie, które w sobie zawiera. Wiatr dawał naszym ojcom pierwszy oddech i przyjmował ich tchnienie ostatnie. I wiatr musi także naszym dzieciom dawać ducha życia. I jeżeli sprzedamy wam nasz kraj, to musicie go uważać za szczególny i uświęcony, za miejsce, gdzie nawet Biały Człowiek odczuwa, jak słodko pachnie wiatr od kwiatów na łące.

Żądanie kupna naszego kraju przemyślimy i jeżeli zdecydujemy się je przyjąć, to tylko pod jednym warunkiem. Biały Człowiek musi obchodzić się ze zwierzętami jak ze swoimi braćmi.

Jestem dzikusem i nie pojmuję tego inaczej. Widziałem tysiące gnijących bawołów, zostawionych przez Białego Człowieka, a zabitych z przejeżdżającego pociągu. Jestem dzikusem i nie mogę zrozumieć, jak kopcący żelazny koń może być ważniejszy od bawołu, którego my zabijamy tylko dla zachowania naszego świata. Czymże jest człowiek bez zwierząt ? Gdyby odeszły wszystkie zwierzęta, sczezłby człowiek w wielkiej samotności ducha. Co przydarzy się zwierzętom - wkrótce przydarzy się też ludziom. Wszystkie rzeczy są ze sobą wzajemnie powiązane.

Musicie uczyć swoje dzieci, że ziemia pod waszymi stopami jest prochem naszych praojców. Aby szanowały kraj, opowiadajcie im, iż ziemia ta jest przebogata w różne pokrewne nam żywe istoty. Uczcie wasze dzieci tego, czego my uczymy nasze: ziemia jest naszą matką. Co spotyka ziemię, spotyka także synów tej ziemi. Jeżeli ludzie plują na ziemię, opluwają samych siebie. Jedno wiemy. Ziemia nie jest własnością człowieka, to człowiek należy do ziemi - to wiemy. Wszystko jest ze sobą złączone jak krew, która wiąże jedna rodzinę. Wszystko jest złączone.

Co się przydarzy ziemi, przydarzy się także synom tej ziemi. To nie człowiek przędzie tkaninę życia, on jest w niej tylko małą nitką. Cokolwiek uczyni tkaninie, uczyni samemu sobie.

Przemyślimy jednak waszą propozycję kupna naszego kraju i zamieszkania w rezerwacie. Będziemy żyli na uboczu i w spokoju. Nieważne, gdzie spędzimy resztę naszych dni. Nasze dzieci widziały swoich ojców upokorzonych i zwyciężonych. Nasi wojownicy zostali zhańbieni. Pokonani spędzają czas bezczynnie, zatruwając swe ciała słodkim jadłem i mocnym trunkiem. Nieważne gdzie spędzimy resztę dni naszych. Nie zostało ich zresztą zbyt wiele. Jeszcze parę godzin, parę zim - a z wielkich plemion, które niegdyś zamieszkiwały ten kraj albo włóczą się teraz w małych grupkach po lasach, nie pozostanie ani jedno dziecko, które by opłakiwało groby narodu, który był kiedyś tak potężny i tak pełen nadziei, jak wasz dzisiaj. Ale dlaczego mam opłakiwać upadek mojego narodu ? Narody składają się z ludzi, nie z czego innego. A ludzie przychodzą i odchodzą - jak fala na morzu. Nawet sam Biały Człowiek, którego Bóg z nim wędruje i rozmawia jak przyjaciel z przyjacielem, nie uniknie tego wspólnego przeznaczenia. Być może jesteśmy jednak braćmi. Zobaczymy ! Jedno jednak wiemy - a co Biały Człowiek odkryje może dopiero pewnego jutra - nasz Bóg jest tym samym Bogiem. Może myślicie, że Go posiadacie na własność - jak dążycie do posiadania naszego kraju - ale tego nie jesteście w stanie uczynić. On jest Bogiem ludzi - i to w takiej samej mierze Czerwonych jak i Białych. Ten kraj jest Mu bardzo drogi - i zranić tę ziemię znaczy zbezcześcić jej Stwórcę. Także Biali przeminą, może jeszcze szybciej niż wszystkie inne plemiona.

Ale wy będziecie świecić w swoim upadku - zapaleni mocą Boga, który was wprowadził do tego kraju i dał wam panowanie nad tą ziemią i Czerwonym Człowiekiem. To przeznaczenie jest dla nas zagadką, ponieważ nie rozumiemy wybicia wszystkich bawołów, oswojenia wszystkich dzikich koni, zamienienia przytulnych zakątków w zaludnione, smrodliwe i duszne, ani ośmieszenia przez mówiące druty widoku dostojnych wzgórz.

Gdzie ostał się gąszcz ? Zniknął. Gdzie jest orzeł ? Zniknął. Cóż oznacza pożegnanie się z rączym koniem ? Oznacza koniec życia i początek wegetacji. Przemyślimy waszą propozycję. Jeżeli ją przyjmiemy, to tylko dlatego, aby zabezpieczyć obiecany przez was rezerwat. Być może będziemy tam mogli przeżyć nasze krótkie dni na swój sposób. Kiedy wycofa się z tej ziemi ostatni Czerwony Człowiek i jego pamięć będzie tylko cieniem chmury ponad preriami, to i tak duch moich ojców będzie wciąż żywy: w tych lasach i nad tymi brzegami. Bo oni kochali tę ziemię jak nowo narodzony kocha puls serca swojej matki. Jeżeli sprzedamy wam nasz kraj, kochajcie go, jak myśmy go kochali, troszcząc się o niego, jak myśmy się troszczyli, zachowajcie wspomnienie takiego kraju, jakim go otrzymujecie. I ze wszystkich sił, z całego serca i ducha zachowajcie go dla swoich dzieci i kochajcie go jak Bóg nas wszystkich kocha.

Bowiem wiemy: nasz Bóg jest tym samym Bogiem. Ta ziemia jest mu święta. Nawet Biały nie może uniknąć wspólnego przeznaczenia. Możemy być braćmi. Zobaczymy.

20 grudnia, 2006


















Erich Maria Remarque.

Człowiek nazywany "wojującym pacyfistą".

Autor urokliwych listów do Marleny Dietrich.

Autor najsłynniejszej powieści wojennej "Na Zachodzie bez zmian" (Im Westen nichts Neues).

Autor "Trzech towarzyszy" (Drei Kameraden) - książki, która zmieniła moje życie.

Autor wielu innych książek, na jakis sposób dotyczących wojny, dziejących się w jej trakcie, zaraz po niej, lub tuż przed jej wybuchem:
Wróg (Der Feind), zbiór opowiadań

Droga powrotna (Der Weg zuruck),

Kochaj blizniego (Liebe Deinen Nachsten)

Łuk Triumfalny (Arc de Tromphe)

Iskra życia (Der Funke Lieben)
Czas życia i czas śmierci (Zeit zu leben und Zeit zu sterben)
Czarny obelisk (Der schwarze Obelisk)

Nim nadejdzie lato (Der Himmel kennt keine Gunstlinge)

Noc w Lizbonie (Die Nacht von Lissabon)

Cienie w raju (Schatten im Paradies)


Tematem na dziś będzie umieszczenie tu fragmentów, zwykle pojedynczych zdań z tych książek.

Przyjrzyjmy się naszym poplątanym, rozproszonym instynktom. Uważamy, że to rozum.
Samotność- odwieczny refren życia.
Wszystko co można dostać za pieniądze jest tanie.

Nawet we dwoje można zamarznąć na śmierć.

W życiu zwycięża tylko głupi; mądry widzi przed sobą zbyt wiele trudności i traci pewność siebie, zanim zacznie działać.

Niech pan nie lekceważy mądrości Kościoła. Kościół to jedyna dyktatura, jaka od dwóch tysięcy lat nie została obalona.

I tylko w jednym różnicie się od Boga - Bóg wie wszystko, a wy wszystko wiecie lepiej.
Życie jest chorobą, a śmierć zaczyna się już w chwili urodzenia. Każde odetchnięcie, każde uderzenie serca jest odrobiną śmierci. Krokiem ku unicestwieniu.

Im mniej człowiek wie, tym łatwiej mu żyć. Wiedza daje mu wolność, ale unieszczęśliwia.

Trzymam w ręku swoje życie jak kieliszek napełniony winem, które w nim nie pozostanie, gdyż skwaśniałoby, zamieniłoby się w ocean umarłej namiętności.
Gdyby wszyscy byli szczęśliwi, nie potrzebowano by Boga.

Najlepszym środkiem przeciw prawu jest bezczelność.
Pewność nie boli. Boli to co przedtem i to co potem.

Współczucie jest najbardziej nieużytecznym artykułem na świecie. Jest to odwrotna strona satysfakcji z czyjegoś nieszczęścia.

Boimy się wielkich słów w miłości, a lubimy je w polityce.

Hiena zawsze pozostanie hieną. Człowiek jest o wiele bardziej skomplikowany.

Żal drąży duszę gruntowniej niż kwas solny.
Miłość- odwieczny cud. Potrafi przerzucić tęczę snów ponad szarym niebem faktów.

Boimy się wielkich słów. Tak strasznie często służyły kłamstwu.

Rzeczy cudowne w naszym życiu nigdy nie posiadają tej pełni, jaką uzyskują we wspomnieniu - szczęście, jeżeli umrze, nie może się przecież zmienić, nie wywołuje rozczarowania. Pozostaje zachowując swój pełny kształt.

Jeżeli ktoś się poświęca, niech się potem nie dziwi, że do niego strzelają.

Cóż wymaga mniej pożywki, niż nadzieja?

Bez miłości jest się właściwie trupem na urlopie.
Życie wydaje się kochać paradoksy - kiedy człowiek sądzi, że jest zupełnie bezpieczny, wtedy jest zawsze śmieszny i w każdej chwili grozi mu wypadek - ale kiedy wie, że jest stracony, życie zasypuje go prezentami. Nie trzeba wcale o to zabiegać - chodzi za człowiekiem jak pies.
Kiedy obok ciebie ktoś umiera - ty tego nie czujesz. To jest nieszczęście świata. Litość nie jest cierpieniem. Litość jest skrytym zadowoleniem z cierpienia innych. Uczuciem ulgi, że to nie nas spotyka ani kogoś nam drogiego.

Czego nie można dostać, wydaje się zawsze lepsze niż to, co się ma. Na tym polega romantyka i idiotyzm ludzkiego życia.

Uczciwy idealista dąży do forsy. Pieniądze to wytłoczona w monecie wolność. A wolność to życie.

Moralność jest wynalazkiem człowieka, a nie konsekwencją życia.
Ileż niedoli mogą zawierać takie dwie małe plamki, tak małe, że można je zakryć kciukiem, oczy ludzkie.

Człowiek jest wielki w rzeczach krańcowych: w sztuce, w miłości, w głupocie, w nienawiści, w egoizmie, a nawet w ofiarności - ale światu najbardziej brak przeciętnej dobroci.

19 grudnia, 2006

Z internetu można pozyskać tak wiele ciekawych informacji. Dzisiaj dowiedziałam się na przykład, że Heath Ledger potrafi się uśmiechać. To było dla mnie niesamowite odkrycie.





18 grudnia, 2006

Kilka migawek z weekendu.

Po pierwsze:
Po drugie:
Po trzecie:
Po czwarte i piąte:

Początek budowania światecznej atmosfery.

Betlejem Polskie.
Słowa: Stanisław Skonieczny
Muzyka: Zbigniew Preisner

Dolina zwierząt ciemna tak że giną drzewa
A cisza jest jak okna dalekiego blask
Czai się w niej zagłady ognista ulewa
Księżyc dzwoni za chmurą jak nad grobem kask

Gubi się tu milczenie po omacku rąk
Oddychać ustom trzeba żeby nie umarły
Ta noc jest jak zamknięty szczelnie grochu strąk
Do którego promienie słońca nie dotarły

I śpiewają ten mroźny kolędowy czas
A rzeka stoi w miejscu groźna w lód zakuta
I niesie się biała wigilijna nuta
Przez doły ciała pełne w którym oddech zgasł

Każe mi me milczenie nie dobywać słowa
Z płuc moich z gardła mego z niespokojnych snów
I toczy się tak ziemia jak odcięta głowa
A nad nią słychać szelest żerujących słów

Nauczeni przyzywać Boga po imieniu
Zapomnieli swego gdy naszła ich śmierć
Wśród śnieżycy dreptają w niepewnym płomieniu
Betlejemskiej gwiazdy nadzianej na żerdź

I śpiewają ten mroźny kolędowy czas
A rzeka stoi w miejscu groźna w lód zakuta
I niesie się biała wigilijna nuta
Przez doły ciała pełne w którym oddech zgasł

14 grudnia, 2006

WSZYSTKIE CHWYTY DOZWOLONE Anna Świrszczyńska

Chwytam się różnych rzeczy,
śniegu, drzew, niepotrzebnych telefonów,
czułości dziecka, wyjazdów,
wierszy Różewicza,
snu, jabłek, porannej gimnastyki,
rozmów o błogich własnościach witamin,
wystaw awangardowej sztuki,
spacerów na kopiec Kościuszki, polityki,
muzyki Pendereckiego,
żywiołowych katastrof w obcych krajach,
rozkoszy moralności i rozkoszy niemoralności,
plotek, zimnego tuszu, zagranicznych żurnali,
nauki włoskiego języka,
sympatii dla psów, kalendarza.

Chwytam się wszystkiego,
żeby się nie zapaść
w przepaść.

13 grudnia, 2006

Z technologii łez- Zbigniew Herbert

W obecnym stanie wiedzy tylko łzy fałszywe nadają się do obróbki i dalszej produkcji. Łzy prawdziwe są gorące, wskutek czego bardzo trudno oddzielić je od twarzy. Po doprowadzeniu do stanu stałego okazało się, że są bardzo kruche. Nad problemem eksploatacji łez prawdziwych głowią się technolodzy.


Łzy fałszywe przed mrożeniem poddaje się zabiegowi destylacji, gdyż z natury są mętne i doprowadza się je do stanu, w którym pod względem czystości nie ustępują prawie łzom prawdziwym. Są bardzo twarde, bardzo trwałe i nadają się nie tylko do ozdób, ale także do krajania szkła.

11 grudnia, 2006

Coś irlandzkiego i anonimowego, w tłumaczeniu Ernesta Brylla i Małgorzaty Goraj.

Burza doliny rozrywa
Zima gna hałaśliwa
Ciska oszczepem świetlistym
Ponad przypływem pienistym.

Gdy wieją wiatrowie wschodni
Ocean się pasie łagodny
W sen się układa głęboki
Odpływa w ciche zatoki

Gdy wieją wiatrowie z północy
Morze się dźwiga w swej mocy
I jak pies goni warczące
Daleko, na świata końce

Gdy wieją wiatrowie z zachodu
To fala musi wędrować
Gdzie słońca drzewo czerwone
W ocean jest zanurzone

Gdy wieją z południa wiatrowie
Morze obraca się w sobie
Mielizny Skiddu zamąca
O szczyt Calandetu potrąca
I bije Limerick jak gromem
Po ustach szarozielonych

Ocean dźwiga sie w brzegach
Fala jak potop wylewa
Okręty nie wieją żaglami
Za trudna droga to dla nich

Przeciwko fali głębokiej
Bronia się jeszcze zatoki
Lecz zima od brzegów szkockich
Gna morze oszczepem mrocznym

08 grudnia, 2006

Czasami wydaje nam się, że mieszka w nas dwóch różnych ludzi. Jeden, który wszystko doskonale czyni i tego człowieka prezentujemy światu. Jest też i ten drugi, którego się wstydzimy, i tego ukrywamy. W każdym człowieku istnieje coś takiego jak wewnętrzny dysonans i niespójność. Każdy chciałby być dobry, a jedynie dokonuje czynów, których sam często nie rozumie.
Dlaczego tak jest? Dlatego, że człowiek nie jest Bogiem, nie jest też aniołem, ani jakąś nadistotą, a jedynie małym pielgrzymem w długiej, dalekiej drodze swojego życia. Własne słabości czynią go wyrozumiałym i łagodnym w stosunku do innych. Ktoś, kto jest bezkrytyczny wobec samego siebie, będzie twardy i niezdolny wczuć się w innych. Nie będzie umiał nikogo pocieszyć, dodać odwagi i wybaczyć. Szczęście i przyjaźń tkwią tam, gdzie ludzie są wrażliwi, łagodni i delikatni w słowach, i wzajemnych kontaktach.

(Phil Bosmans)

07 grudnia, 2006

Tym razem "Krakowski spleen" Maanamu...

chmury wiszą nad miastem, ciemno i wstać nie mogę
naciągam głębiej kołdrę, znikam, kulę się w sobie
powietrze lepkie i gęste, wilgoć osiada na twarzach
ptak smętnie siedzi na drzewie, leniwie pióra wygładza

poranek przechodzi w południe, bezwładnie mijają godziny
czasem zabrzęczy mucha w sidłach pajęczyny
a słońce wysoko, wysoko świeci pilotom w oczy
ogrzewa niestrudzenie zimne niebieskie przestrzenie

czekam na wiatr, co rozgoni
ciemne skłębione zasłony
stanę wtedy naraz
ze słońcem twarzą w twarz

ulice mgłami spowite, toną w ślepych kałużach
przez okno patrzę znużona, z tęsknotą myślę o burzy
a słońce wysoko, wysoko świeci pilotom w oczy
ogrzewa niestrudzenie zimne niebieskie przestrzenie

czekam na wiatr, co rozgoni
ciemne skłębione zasłony
stanę wtedy naraz
ze słońcem twarzą w twarz

04 grudnia, 2006

Wyjątek od reguły i czystej wody sentymentalizm.
Ze specjalną dedykacją dla mojej lepszej połowy.


Czy wiesz, jaka jest miłość?

To jakby mżył najdrobniejszy deszcz,

W którym idziesz i nie wiesz, że pada,

A potem czujesz, żeś przemókł do samego serca.

Taka jest miłość.


(z poezji ludowej Kurdów)


03 grudnia, 2006

Dzisiaj także Renata Przemyk. Tym razem "Blizna".

Jeśli nosisz w sobie ból
Nie pomogą ci
Utlenionej wody smak

I gencjany łyk

Bliznę masz
Pomimo że zaleczył ranę lekarz czas

I choćbyś bardzo chciał
Za żadną cenę nie pozbędziesz się jej sam

Bo ona będzie tkwić

Gdzieś w twojej głowie aż do końca ziemskich dni
I z tobą zniknie lecz

Na twardej ziemi pozostaniesz blizną ty

Gołym okiem nie ma szans
Poznać ile masz

Szwów wrośniętych w ciebie jak

Morze wrosło w piach
Szumisz nad cierpieniem swym

Falą bijesz ląd

Silny będziesz tylko gdy

Pójdziesz raz na dno




28 listopada, 2006

"Ile krwi" Renata Przemyk

W sieci nerwów szarpię ciągle się
Coś mnie nie dotyczy lecz boli mnie
Skoro nie kazano siedzę więc
Przecież powiedziano że nie uda się

Gdy zawodzą mosty cofam się
Horyzontem zera znów staję się
Szumieć tak jak inni trzeba więc
Rozgrzeszajmy siebie bo tak łatwiej jest

Ile krwi płynie w każdym z nas
Ile taniej w niej wody
Nie chcę winy za ciało brać
Gdy duszę wciąż trafia szlag

Stoję cicho z brzegu czuję że
Nieznajomy człowiek chce zniszczyć mnie
Trochę się uśmiecham trochę drżę
Nie wiem czy wypada mi powiedzieć NIE!

19 listopada, 2006

Anna Kamieńska o aniołach...

Są anioły naprawdę są anioły
ubrane w marynarki w niezbyt modne suknie
siedzą u stołu piją piwo gwarzą
ziewają późno kładą się do łóżka
a w szafie wtedy białe odpoczywa skrzydło
nie brzydzą się umarłych, ich potu i znoju
bo ciężko jest umierać jak pług ciągnąć wiosną
w białym kitlu lekarza chylą się nad chorym
i starym mówią trudno trzeba przyjąć wszystko
w aureolach łysiny w warkoczach siwizny
czasem udają księdza który w samotności płacze
z czołem o stół opartym
słowem poety niespodziewanie krzykną
głos ich wysoki z symfonii się przedrze
i umierają młodo za tych co nie chcą umierać
albo znikają nagle chirurgom spod noża
anestezjolog biegnie wola podwiązywać żyły
a one już daleko a one już w niebie
i tylko obłok szumi tylko obłok szumi
są anioły naprawdę są anioły
celną myśl każdą łowią inteligencji wędziskiem
i z pełnych wiader prawdy chlustają na szczęście
pieką ciasto gotują rybę w białym winie
nie gardzą dobrym żartem
białka ich od śmiechu świecą
i nie wiadomo czy w pojeździe księżycowym
cichcem w kosmiczny skafander nie wciśnie się który
mają łydki zbyt mocne jak u flamandzkich płócien
są cielesne jak płowe u strumienia woły
lecz jest w nich żywioł gwałtownie życzliwy
przyjazny wiew pośpiechu wzdyma im odzienie
one cierpliwie w poczekalni u dentysty
siadają w pustym krześle i wchodzą ostatnie
i długa długa cisza za nimi się smuży
poznać je można po tym właśnie są anioły

18 listopada, 2006

Z cyklu "Różności":

Katarzyna to imię pochodzenia greckiego, powstało od słowa katharos, czyli czysty, bez skazy. Świętych o tym imieniu jest około 20.
Katarzyna Aleksandryjska Męczennica (25 XI) to jedna z najpopularniejszych świętych chrześcijaństwa Wschodu i Zachodu. Na podstawie różnych chrześcijańskich wypisów o niej można się przekonać, że jest patronką największej ilości zawodów i nie tylko. Patronuje m.in. dziewicom i żonom, modystkom, kołodziejom, garncarzom, garbarzom, młynarzom, piekarzom, prządkom, szwaczkom, krawcowym, żeglarzom, kolejarzom, woźnicom, przewoźnikom, powroźnikom, fryzjerom, zecerom, generalnie wszystkim tym, którzy mają coś wspólnego z kołem lub nożem, a ponadto: adwokatom i notariuszom.
Wzywa się jej też w modlitwie o znalezienie topielca. Jest wreszcie patronką nauki, paryskiej Sorbony, wyspy Cypr, konfraterni literackich, literatów, zakonu katarzynek, Nowego Targu, uniwersytetów, bibliotekarzy, drukarzy, uczniów, studentek, nauczycieli, teologów, mówców, filozofów, filozofów chrześcijańskich, grzeszników, uczonych, a także prostego ludu. Jej atrybutami są m.in. filozofowie, z którymi prowadziła dysputę oraz wielkie koło z nożami.

15 listopada, 2006

Maryla Rodowicz zaśpiewała tę przeraźliwie dołującą piosenkę...


Tyle miał nam dać, że aż brakło tchu
Nasz świat, nasz brat, nasz król
A za oknem szadź, popłuczyny snu
I strach i krach, i ból

Gdy nadzieje w pył
Jak skrzydełko ćmy - starte
Czy wystarczy sił
By odegnać łzy żartem

Człowiek, człowiek
To brzmi dumnie gdy w trumnie
Lecz nim minie brzmi w trzcinie
człowiek - numer buta, marszruta, imię
Lwem nie będziesz
Choćbyś z diabłem
Był w zmowie wolny
Ale klatkę masz w sobie
W sercu, w duszy, w głowie
I słowie człowiek.

Dzieci poszły precz, starzy idą w piach
I bunt i czas się bać
Życie ładna rzecz, a najbardziej w snach,
Więc grunt to mieć gdzie spać

Myśli naszych kruk
Przy niebieskim siadł tronie,
Jeśli nie daj Bóg
Boga nie ma tam - to koniec.

25 października, 2006

"Kraina Mayo"
Anthony Raftery
tłum. Ernest Bryll

Zbieram manatki swoje zaraz na świętą Brygidę
Bo się od słodkiej wiosny dni miękko rozciągają
Nikt mnie już nie zatrzyma -- jak idę, to już idę
I będę lazł, aż dojdę do serca krainy Mayo.

Tam w Claremorris mieście spędzę nockę rozpustną
A w Balla w ciemnym piwsku utopię me ubóstwo
W Kitlimagh zanurkuję w rozkoszy aż po pięty
Od Ballinamore pójdę golutki jak święty

Niech mi krew w sercu huczy jako przypływ pienisty
Jak burze, które w górach mgły ciemne rozganiają
Ja marzę o Carra i Gallen -- dwu miastach, gwiazdach świetlistych.
Witaj mi w drodze Scahaweela, witajcie doliny Mayo

Na koniec stanę w Killiaden -- zaiste raju na ziemi
Tu rosną najsłodsze jabłka -- duma Irlandii całej
Ty się zatrzymam i będę pomiędzy najbliższemi
Przekleństwo lat opadnie. Znów jestem chłopcem małym.

20 października, 2006

Nowe tłumaczenie Pieśni nad pieśniami, kolejny fragment:

CHÓR

Czym jest to, co się z pustyni wyłania
skroś słupy dymu? Mirry i kadzidła
woń czuć zamorską — śród kopyt kląskania
jakowyś orszak, jakoweś nosidła —
a to lektyka, och! Salomonowa!
Z hufem najtęższych wojów Izraela,
a każden sprawny w bitewnym rzemiośle —
mieczem siec umie, z łuku celnie strzela,
czoła nie schyla, nosi się wyniośle —
wszelki zbir przed nim łeb w ramiona chowa...

Palankin z cedru niosą libańskiego,
z czystego srebra wykute podnóże,
oparcia — złote, baldachim w purpurze,
wnętrze głuszone gładzonym hebanem
jeruzalemskich dziewek wyściełane
miłością...
Wyjdźcie, popatrzcie na niego,
na Salomona; w wieńcu, jak w koronie —
matka mu sama kładła go na skronie —
jak się raduje w dzień swego wesela...


ON:
Jakżeś dorodna, jaka ty urocza,
twój wdzięk świat cały pięknością obdziela —
dwie gołębice widzę w twoich oczach
skryte za lnianą nad czołem zasłonę,
włosy jak stado kóz, co w skok, bez ładu,
z Góry Świadectwa zbiega — Gileadu,
a twoje zęby to równo strzyżone
owce, gdy z nagła wypryskują z wody
jak hodowane parami bliźnięta —
żadnej niezdarność nóg w biegu nie pęta,
ni zawiść twojej nie przyćmi urody.
Wargi twe — wstążka barwy karmazynu,
a mowa wdzięczna, skroń jak rozkrojone
jabłko granatu; nic to, żeś ty z gminu —
szlachetna szyja twa, alabastrowa,
jak ta warowna wieża Dawidowa
już w czas budowy zmieniona w zbrojownię —
tysiąc tarcz na niej zawisło wymownie...

Piersi — z natury niesforne jagnięta
śród białych lilii — tyś mi w-miłość-wzięta...
Póki nie skona południowa spieka
nie znikną cienie jak górskie mamidła,
pójdę po mirrę, nazbieram kadzidła,
boś urodziwa — bliska, czy daleka,
gasisz bo w sobie najznikomszą skazę.

Przybądź z Libanu, pójdziemy stąd razem,
patrzeć na szczyty Seniry, Amany,
Hermonu, z jaskiń lwich i gór lamparcich.

Ach, ileż w parze bylibysmy warci!

Rzuciłaś na mnie czar, siostro dziewczyno —
włoskiem na karczku, iskiereczką w oku,
miłość twa słodsza nad najsłodsze wino,
a miód warg twoich to brat rajskich soków —
suknie twe pachną nektarem Libanu...

Jesteś jak w sadzie strzeżonym krynica
śród aloesu, nardu i szafranu,
pachnącej trzciny, cynamonu, henny,
gaju granatów — tyś balsam bezcenny,
źródło przejrzyste życiodajnej wody
z odbiciem twojej w nim bujnej urody —
miłości mojej żywica.

18 października, 2006

ABBA "The Winner Takes It All"

I don't wanna talk
About the things we've gone through
Though it's hurting me
Now it's history
I've played all my cards
And that's what you've done too
Nothing more to say
No more ace to play

The winner takes it all
The loser standing small
Beside the victory
That's her destiny

I was in your arms
Thinking I belonged there
I figured it made sense
Building me a fence
Building me a home
Thinking I'd be strong there
But I was a fool
Playing by the rules

The gods may throw a dice
Their minds as cold as ice
And someone way down here
Loses someone dear
The winner takes it all
The loser has to fall
It's simple and it's plain
Why should I complain.

But tell me does she kiss
Like I used to kiss you?
Does it feel the same
When she calls your name?
Somewhere deep inside
You must know I miss you
But what can I say
Rules must be obeyed

The judges will decide
The likes of me abide
Spectators of the show
Always staying low
The game is on again
A lover or a friend
A big thing or a small
The winner takes it all

I don't wanna talk
If it makes you feel sad
And I understand
You've come to shake my hand
I apologize
If it makes you feel bad
Seeing me so tense
No self-confidence
But you see
The winner takes it all
The winner takes it all...
Aleph, absolutna otchłań, cóż więcej jest nam dane?
Bet, bicie od dawna nam zgotowane.
Geemel, glorii pełen Bóg udaje, że wie o tym.
Dalet, dostojna śmierć swój cień rzuca na boki.
Hey, hardy kat już czeka na swoją ofiarę.
Wov, wiedza to głupota ponad ludzką miarę.
Zayeen, znaki zodiaku majaczące w oddali.
Chet, chrome dziecko, które przed narodzeniem na śmierć skazali.
Tet, tęgi myśliciel, pan do więzienia wtrącony.
Jod, judasz sędzia, zły wyrok przezeń ogłoszony.

A kiedy już zniknie ostatnia litera,
Ostatniemu z diabłów przyjdzie czas umierać

I. B. Singer

15 października, 2006

Indigo Adult Characteristics

* Are intelligent, though may not have had top grades.

* Are very creative and enjoy making things.

* Always need to know WHY, especially why they are being asked to do something.

* Had disgust and perhaps loathing for much of the required and repetitious work in school.

* Were rebellious in school in that they refused to do homework and rejected authority of teachers, OR seriously wanted to rebel, but didn't DARE, usually due to parental pressure.

* May have experienced early existential depression and feelings of helplessness. These may have ranged from sadness to utter despair. Suicidal feelings while still in high school or younger are not uncommon in the Indigo Adult.

* Have difficulty in service-oriented jobs. Indigos resist authority and caste system of employment.

* Prefer leadership positions or working alone to team positions.

* Have deep empathy for others, yet an intolerance of stupidity.

* May be extremely emotionally sensitive including crying at the drop of a hat (no shielding) Or may be the opposite and show no expression of emotion (full shielding).

* May have trouble with RAGE.

* Have trouble with systems they consider broken or ineffective, ie. political, educational, medical, and legal.

* Alienation from or anger with politics - feeling your voice won't count and/or that the outcome really doesn't mattter.

* Frustration with or rejection of the traditional American dream -career, marriage, children, house with white picket fence, etc.

* Anger at rights being taken away, fear and/or fury at "Big Brother watching you."

* Have a burning desire to do something to change and improve the world. May be stymied what to do. May have trouble identifying their path.

* Have psychic or spiritual interest appear fairly young - in or before teen years.

* Had few if any Indigo role models. Having had some doesn't mean you're not an indigo, though.

* Have strong intuition.

* Random behavior pattern or mind style - (symptoms of Attention Deficit Disorder). May have trouble focusing on assigned tasks, may jump around in conversations.

* Have had psychic experiences, such as premonitions, seeing angels or ghosts, out of body experiences, hearing voices.

* May be electrically sensitive such as watches not working and street lights going out as you move under them, electrical equipment malfunctioning and lights blowing out.

* May have awareness of other dimensions and parallel realities.

* Sexually are very expressive and inventive OR may reject sexuality in boredom or with intention of achieving higher spiritual connection. May explore alternative types of sexuality.

* Seek meaning to their life and understanding about the world. May seek this through religion or spirituality, spiritual groups and books, self-help groups and books.

* When they find balance they may become very strong, healthy, happy individuals.


Please note, anyone could have a few of these traits, but Indigo Adults have most or all of these 25 characteristics.

12 października, 2006

W Muzeum Miejskim w Zurychu oglądałem, wśród licznych eksponatów, grób sprzed trzech tysięcy lat.
Znajduje się w nim szkielet jakiejś młodej damy celtyckiej.
Na jej zmurszałych rękach i nogach widnieją bransolety, na szyi- okazały, dużej wartości artystycznej brązowy naszyjnik.
Patrząc na te symbule piękna, doznajemy mieszanych uczuć nad tym grobem, który zamyka w sobie spróchniałe zwłoki ongiś żywej kobiety, co chciała i po swej śmierci być piękną i strojną.

A. C. Klimuszko

10 października, 2006

Wrzućmy kilka kamyczków do mojego ogródka...

Jest 20 IV. Z nieba uśmiecha się Wenus, Słońce wchodzi w znak Byka. Wydawać by się mogło, że jest to pora miłości i piękna. Otóż jest odwrotnie. Dużo logiczniejsza dla tego znaku wydaje się nazwa KROWA, bowiem ludzie z tego znaku są ciężcy, nieelastyczni, pozbawieni wdzięku i fantazji. Dziecko tak urodzone jest rozwydrzonym lizusem, gadającym bez przerwy i gromadzącym potworne ilości śmieci i zabawek. Wszystko im się przyda. Ulubioną rozrywką jest strojenie się bez względu na płeć w stroje matki i mizdrzenie się przed lustrem. Marzeniem, bez względu na płeć, jest być Marylin Monroe.

Zalotnie leniwa, emanuje tandetną erotyką, której nabawia się z pochłanianych w młodości romansów. Marząc o wielkiej miłości napycha się słodyczami i wabi mężczyzn ciężkostrawną kuchnią. Uważając, że jest stworzona do wyższych celów nie koncentruje się na niczym. Jej pasją jest obrzydzanie wszystkich i wszystkiego. Najczęściej wplątuje się w sytuacje zbyt trudne dla swojego nieskomplikowanego rozumku. Cały czas wini innych za swoje ciągłe niepowodzenia. Chorobliwie próżna i ambitna, oczekuje hołdów i darów, które coraz rzadziej dostaje. Z natury poczciwa, leniwa, powolna i pozbawiona autentycznej pasji, o ile uda jej się wyjść za mąż, koncentruje się na domu, pełnym konfitur, sosów i nijakich dzieci. O ile nie, zostaje coraz starszą panną. Zamęcza żonatych kochanków neurastenicznymi opowieściami o swoich byłych sukcesach. Na starość wystrojona operetkowo, myśląc, że popada w styl klasyczny, obżera się wymyślnymi potrawami i zadręcza się dietami cud, mrucząc do Księżyca.

Praktyczna krowa bez fantazji, wyżywająca się w kuchni. Wcześnie się zaokrągla i zaczyna zajmować się wyłącznie urządzaniem przytulnego gniazdka, aby mieć gdzie drzemać na kanapie w starym szlafroku. Bardzo łasa na pieniądze, prezenty, a nawet byle jakie hołdy, nie koncentruje się na niczym. Nie ma żadnych zainteresowań. Takiego marazmu żąda od całej rodziny. Ideałem dla niej jest ograniczony żarłok, siedzący na pluszowym stołeczku i obsługujący maszynkę do robienia pieniędzy.


09 października, 2006

Eichelberger o kobiecie:


Oto ona.
CZYŚCIUTKA I BIELUTKA

Po pierwsze - pamiętajmy, że kobieta, zanim stanie się kobietą, długo jest dziewczynką, a dziewczynka powinna być cicha, grzeczna, miła i słodka. I pamiętać, że złość piękności szkodzi. Powinna mówić cichutko i cieniutko, a najlepiej wcale, bo dziewczynki i ryby głosu nie mają. Dziewczynka powinna ustępować, oddawać, ulegać, służyć, wyręczać, opiekować się, na nic się nie skarżyć i cieszyć się, że żyje. Powinna być zwiewna i lekka jak mgiełka, poruszać się na paluszkach bezszelestnie jak motylek. Powinna być czyściutka i bielutka. Niczego brudnego nie dotykać, nie pocić się i nie wydzielać żadnego naturalnego zapachu. Oczywiście, nie powinna się niczego brzydzić, a jeśli się brzydzi, to nie powinna tego pokazywać.

Od najwcześniejszych lat powinna pasjonować się proszkami do prania, wybielaczami, środkami czyszczącymi i bakteriobójczymi, a nade wszystko dezodorantami. Powinna marzyć o tym, że jak będzie duża, to wystąpi być może w telewizyjnej reklamie jakiegoś superproszku, po którym pranie będzie jeszcze bielsze niż dotąd. Dziewczynka powinna jeść jak ptaszek, pić jak ptaszek i wydalać jak ptaszek. A najlepiej wcale. Umiejętność siedzenia godzinami na przepełnionym do granic możliwości pęcherzu moczowym to podstawowe wyposażenie na dalszą drogę kobiecego życia.

RĘCE NA KOŁDRZE

Dziewczynka powinna szanować autorytety i wiedzieć kto tu rządzi. Dlatego nie powinna niczego odmawiać swoim dorosłym opiekunom, krewnym, nauczycielom, korepetytorom, spowiednikom i lekarzom. A także listonoszom, strażakom, policjantom i innym ofiarnym służbom mundurowym, nie mówiąc o urzędnikach administracji państwowej i wszelkich innych szacownych instytucji. Każda dziewczynka powinna wiedzieć, że jeśli jest bita, albo wykorzystywana przez silniejszych, to jest to wyłącznie jej wina. Krótko mówiąc, zasłużyła sobie.

Dziewczynce nie wypada chcieć i nie wypada nie chcieć. A gdy ją ktoś zapyta, czego nie chce, powinna odpowiedzieć: sama nie wiem. Dziewczynka powinna się bać, wstydzić i brzydzić swego ciała (szczególnie, gdy zaczyna dorastać). Najlepiej się do niego nie przyznawać. Trzymać ręce na kołdrze i wszelkimi dostępnymi środkami walczyć z owłosieniem nóg. Jednym słowem, dziewczynka może być, a nawet jest, mile widziana pod warunkiem, że jej nie ma.

TYLKO SIĘ JEJ ZDAJE

Po drugie - dzięki takiemu ułożeniu dziewczynka, gdy stanie się kobietą, będzie wiedziała, jak poruszać się w świecie. A w szczególności zrozumie, że gdy ją boli, to tak naprawdę nie boli. Gdy jej się chce, to tak naprawdę jej się nie chce, a gdy nie chce, to właśnie chce. Gdy płacze, to histeryzuje i jest niewdzięczna. Gdy się na coś nie zgadza, to jest wredna i cyniczna. Gdy się cieszy, to się wygłupia albo jest pijana. Gdy chce ładnie wyglądać, to się mizdrzy, a gdy kimś się zainteresuje, to się puszcza. Gdy się wstydzi, to jest głupia, a gdy się nie wstydzi, to jest bezwstydna. Gdy się przy czymś upiera, to przesadza, a gdy się się nie upiera, to nie wie, czego chce. Jak kocha, to jest naiwna, a jak nie kocha, to jest zimna. Gdy ma ochotę na seks, to jest suką, a gdy nie ma ochoty na seks, to też jest suką. jeśli chce być kimś- to znaczy, że przewróciło się jej w głowie, a jak nie chce być kimś, to jest głupią kurą. Jeśli jest sama, to znaczy, że nikt jej nie chciał, a jeśli jest z kimś, to znaczy, że cwana. Wtedy też będzie wiedzieć, że gdy dostaje furii - to jej się tylko tak zdaje. W każdym razie, może być pewna, że nie ma żadnych prawdziwych powodów do gniewu i powinna udać się po poradę do psychoterapeuty.

02 października, 2006

Pawlikowska- Jasnorzewska o jesieni...


Ucięte złote ręce
lecą z wysokich klonów
spadają przez mgłę białą
w szarzyznę dróg, zagonów...
Czerwony kat Październik
idzie przez las przez łąki,
przez pola i przez ściernik,
i wszystko co jest życiem,
jasnością, barwą, wonią,
dojrzawszy, niszczy krwawą
katowską swoją dłonią.

-Idzie i wnet spotyka
starego robotnika,
który tak z trwogą rzecze
do złego Października:
“O kacie Październiku
patrz: kości me ułomne,
młodość mą, włosy, rozum
straciłem - gdzie? nie pomnę.
Trzęsie się we mnie serce
i chorób mam bez liku -
pozwól mi przejść spokojnie,
mój kacie Październiku!”

Ucięte złote dłonie
kładą się w krąg na drodze...
Podumał kat Październik,
ustapił się niebodze.

Wtem znów nadchodzi zdala
babusia stara, słaba,
rozpłaszcza się pod koszem
jak pod kamieniem żaba,
i mówi: “Panie kacie,
pozwól mi przejść bez krzyku,
na sprzedaż niosę jaja
i gęsi dwie w koszyku,-
spódnica stara, bura,
kaftanik na mnie siwy,
puszczaj dobrodzieju
przecieżeś mi nie krzywy!”

Ucięte złote dłonie
kładą się w krąg na drodze...
Podumał kat Październik,
ustąpił się niebodze.

Patrzy- aż tu znów idzie
dziewucha nad dziewuchy:
spódnica jak ambona,
warkocze jak łańcuchy.

W spódnicy kwitną róże,
bławatki i paprocie
oczy, jak modre szkiełka,
a włos skąpany w złocie.
Pierś jak gliniany dwojak
brwi czarne jak sadza.
Zmęczony kat Październik
ścieżynę jej zagradza.

-“O Panie Październiku
nie zachodź ty mi drogi-
późno już, nów na niebie
białe wystawia rogi.
Puść-że mnie, panie kacie,
śpieszno mi do kochanka”.-

-“Hej! Kiedy mi zapachniał
goździk i macierzanka!”
-“Puszczaj-że, panie kacie
pięknie ci podziękuję...”
”Hej! kiedy gdzieś zakwitły
piwonie i leluje!-
Hej! kiedy krasa twoja
za bardzo mi różowa...”
- ”O panie Październiku
słońce się w chatach chowa,
a mnie tu na złej drodze
godziny lecą płone...”
- “Hej! kiedy mi twe serce,
twe serce za czerwone!”

Toczą się złote ręce,
trzęsie się brzoza łysa,
Październik ujął dziewkę
i krasę z niej wysysa.-

25 września, 2006

Angela Carter "Towarzystwo wilków"

Jedno tylko jedyne zwierzę wyje po lasach nocami.

Wilk to urodzony mięsożerca, równie przebiegły, jak i okrutny, kiedy raz pokosztuje mięsa, niczym innym już się nie zadowoli.

W nocy oczy wilków migocą jak płomienie świec, żółtawo, czerwonawo, ale to dlatego, że ich źrenice tuczą się ciemnością i przechwytują światło twojej latarki, by ci je odesłać z powrotem – czerwony sygnał niebezpieczeństwa. Jeśli oczy wilka odbijają tylko światło księżyca, to lśnią zimną, nienaturalną zielenią, barwą minerału, przebijającą mrok. Gdy zapóźniony podróżny wypatrzy te połyskujące, straszliwe cekiny, zawisłe nagle w czarnych chaszczach, wie, że musi uciekać – byle tylko strach nie przykuł go do ziemi.

Ale te oczy to wszystko, co pozwolą ci dostrzec leśni mordercy, kiedy gromadzić się zaczną niewidzialni wokół twojego zapachu, zapachu mięsa, jeśli nieroztropnie zapuścisz się w las późną porą. Będą jak cienie, będą jak widma, szarzy członkowie kongregacji z nocnego koszmaru... Posłuchaj: jego długi, załamujący się skowyt... Aria strachu, który stał się słyszalny.

Wilcza pieśń to zapowiedź losu, jaki cię czeka, sama w sobie jest zabijaniem.

Nadeszła zima i mroźna pogoda. W tej krainie gór i lasów wilki nie mają teraz nic do jedzenia. Kozy i owce zamknięto w oborze, jelenie powędrowały na południowe stoki w poszukiwaniu paszy – wilki są chude i wygłodzone. Mają na sobie tak mało ciała, że mógłbyś policzyć przez sierść ich wynędzniałe żebra, gdyby dały ci czas, zanim się rzucą. Te ociekające wilgocią szczęki, wywieszony język, szron śliny na siwych podgardlach – spośród wszystkich niezliczonych niebezpieczeństw, jakie czyhają w lesie nocą: duchów, straszydeł, olbrzymów przypiekających niemowlęta na ruszcie, czarownic trzymających porwane ofiary w klatkach i tuczących je na ludożercze stoły, wilk jest najgorszy, nie potrafi bowiem słuchać głosu rozsądku.

Zawsze grozi ci niebezpieczeństwo w lesie, w którym nie ma ludzi. Wstępuj w podwoje wielkich sosen, gdzie zmierzwione gałęzie splatają się z sobą, chwytając nieuważnego podróżnika w sieć, jakby sama roślinność była w zmowie z wilkami, które tu żyją, jak gdyby niedobre drzewa urządzały połów dla swoich przyjaciół – wstępuj pomiędzy słupy leśnych wrót z najwyższą obawą i nieskończoną ostrożnością, bo jeśli zboczysz ze ścieżki choć na chwilę, wilki cię pożrą. Są szare jak głód, są bezlitosne jak zaraza.

Spoglądające z powagą dzieci z nielicznych wiosek zawsze mają przy sobie nóż, kiedy idą wypasać małe stadka kóz, dostarczających gospodarstwom kwaskowatego mleka i zjełczałego, robaczywego sera. Noże są ledwie o połowę mniejsze niż dzieci, a ostrza ostrzy się co dzień.

Ale wilki potrafią znaleźć sposób, żeby zjawić się u twojego ogniska. Robimy, co możemy, bywa jednak, że nie da rady utrzymać ich za progiem. Każdego zimowego wieczora bez wyjątku wieśniak boi się, że zaraz zobaczy szary, wynędzniały pysk węszący pod drzwiami, a pewnego razu kobieta została ugryziona we własnej kuchni, kiedy odcedzała makaron.

Lękaj się wilka i uciekaj przed nim, ponieważ, co najgorsze, wilk może okazać się czymś więcej, niż się wydaje.

Żył niegdyś myśliwy niedaleko stąd, który schwytał wilka w wilczy dół. Ten wilk rozszarpywał owce i kozy, pożarł obłąkanego starca, który mieszkał sam jeden w chacie na zboczu w pół drogi do szczytu i po całych dniach śpiewał Jezusowi, rzucił się na dziewczynę doglądającą owiec, ale ta podniosła taki krzyk, że nadbiegli mężczyźni ze strzelbami i go spłoszyli. Próbowali tropić go w lesie, ale był sprytny i łatwo im się wyniknął. Tak więc ów myśliwy wykopał dół i włożył weń kaczkę, żywą-żywiusieńką-hej!, a dół przykrył słomą wysmarowaną wilczymi odchodami. Kwa! kwa! – kwakała kaczka. Wilk nadszedł chyłkiem z lasu, duży był, ciężki, ważył tyle, co dorosły mężczyzna, i słoma się pod nim zapadła – wpadł do dołu. Myśliwy skoczył za nim, poderżnął mu gardło, odciął wszystkie cztery łapy jako trofeum.

Jednak wcale nie wilk leżał przed myśliwym, tylko okrwawiony ludzki tułów, bez głowy, bez stóp, umierający, martwy.

Kiedyś czarownica z doliny przemieniła wszystkich gości weselnych w wilki, bo pan młody wybrał inną dziewczynę. Kazała im przychodzić do siebie nocą, przez złość, a oni siadywali wokół jej chatki i wyli, urządzając dla niej serenadę ze swojej boleści.

Nie tak dawno kobieta z naszej wioski poślubiła mężczyznę, który zniknął bez śladu w noc weselną. Łóżko było zasłane czystą pościelą i panna młoda w nim spoczywała, kiedy pan młody oświadczył, że musi wyjść za potrzebą, nalegał na to przez wzgląd na przyzwoitość, podciągnęła więc kołdrę pod brodę i leżała. Czekała i czekała, i nie przestawała czekać – chyba go coś długo nie ma? Aż podskoczyła na łóżku i krzyknęła wniebogłosy, słysząc wycie niesione wiatrem z głębi lasu.

Owo przeciągłe, załamujące się wycie, choć tak przeraźliwie groźne, zawiera też w sobie jakiś nieodłączny smutek – jakby bestie chciały być mniej zwierzęce, gdyby tylko wiedziały jak, i nigdy nie przestawały opłakiwać swej doli. W wilczych kantykach słychać przepastną melancholię, bezkresną jak bór, trwającą bez końca, jak długie zimowe noce, a jednak ten straszliwy smutek, ów lament nad własnymi wilczymi apetytami nigdy nie porusza serca, gdyż ani jedna fraza nie napomyka o możliwości pokuty; łaska nie spłynie na wilka za sprawą jego własnej rozpaczy, tylko przy pomocy jakiegoś pośrednika z zewnątrz, tak że czasem wydaje się, iż zwierzę błogosławi nóż, który pozbawia je życia.

Bracia młodej kobiety przeszukali szopy i stogi siana, ale nie znaleźli żadnych szczątków, zatem roztropna niewiasta otarła oczy i znalazła sobie innego męża, który nie wstydził się sikać do nocnika i noce spędzał pod dachem. Obdarzyła go dwójką ślicznych dzieci i wszystko szło jak z płatka, dopóki pewnej mroźnej nocy, nocy, kiedy następuje przesilenie, kiedy rok chwieje się w zawiasach, a rzeczy nie pasują do siebie tak, jak powinny, najdłuższej nocy – pierwszy oblubieniec znów zawitał do domu.

Łomot do drzwi zapowiedział jego przybycie. Mieszała właśnie zupę dla ojca swych dzieci, ale tamtego rozpoznała od razu, jak tylko uchyliła zapadkę, żeby mu otworzyć, choć lata minęły, odkąd nosiła po nim żałobę, a on był teraz w łachmanach i włosy, które nigdy nie widziały grzebienia i roiły się od wszy, spływały mu na plecy.

– Wróciłem, żonko – rzekł. – Daj mi moją miskę kapusty, a żywo.

Wtedy nadszedł jej drugi mąż, niosąc bierwiona na ogień, a kiedy pierwszy pojął, że spała z innym mężczyzną, i co gorsza, kiedy jego czerwone oczy dostrzegły małe dzieci, które cichutko weszły do kuchni, żeby zobaczyć, co to za harmider, wykrzyknął:

– Chciałbym z powrotem być wilkiem, żeby dać nauczkę tej wszetecznicy! – I natychmiast stał się wilkiem, i odgryzł starszemu chłopcu lewą stopę, zanim dosięgła go siekiera, której używali do rąbania drew. Ale gdy okrwawiony wilk wydawał z siebie ostatnie tchnienie, futro z niego znowu opadło i wyglądał jak wówczas, kiedy uciekł ze ślubnej łożnicy. Rozpłakała się więc, a drugi mąż ją zbił.

Powiadają, że istnieje maść, którą daje diabeł, a która przemieni cię w wilka natychmiast, jak tylko się nią nasmarujesz. A także że urodził się nogami do przodu, miał wilka za ojca i ma tors człowieka, ale wilcze łapy i genitalia. Ma także wilcze serce.

Naturalny, czas bycia wilkołakiem to siedem lat, ale jeśli spali się jego ludzką odzież, będzie musiał pozostać wilkiem do końca życia. Stare kobiety w tych stronach uważają nawet, że rzucenie w wilkołaka kapeluszem albo fartuchem zapewnia swego rodzaju ochronę, jakby to suknia zdobiła człowieka. Jednak po oczach, tych fosforyzujących oczach, poznasz go w każdym wcieleniu – tylko oczy nie ulegają metamorfozie.

Zanim stanie się wilkiem, likantrop rozbiera się do nagusieńka. Jeśli dostrzeżesz nagiego mężczyznę między sosnami, uciekaj, jakby cię sam diabeł gonił.

Jest środek zimy. Gil, przyjaciel człowieka, przysiadł na stylisku ogrodniczej łopaty i śpiewa. Najgorszy to czas w całym roku, jeśli chodzi o wilki, ale rezolutna dziewczynka uparła się, że pójdzie przez las. Jest absolutnie pewna, że dzikie bestie nie zdołają zrobić jej krzywdy, choć ostrzeżona kładzie długi nóż do koszyka, w którym matka ułożyła już sery. W koszyku znajduje się też flaszka cierpkiej nalewki z jeżyn, stos płaskich owsianych placków, upieczonych na palenisku, parę słoików konfitur. Lnianowłose dziewczę zaniesie te smakołyki samotnie mieszkającej babci, tak starej, że ciężar lat przygniata ją do ziemi. Do babcinej chatki trzeba brnąć dwie godziny przez zimowy las, dziewczyna otula się ciepłym szalem, naciąga go na głowę. Wsuwa stopy w mocne drewniane chodaki, jest już ubrana i gotowa, a mamy wieczór wigilijny. Złowróżbne wrota przesilenia wciąż chwieją się w swoich zawiasach, ją jednak zbyt kochano, by mogła poznać, co to strach.

W tym surowym kraju dzieci nie pozostają długo młode. Nie mają zabawek, więc ciężko pracują i szybko mądrzeją, ale to dziecko, tak ładne, najmłodsze w rodzinie, urodzone późno, rozpieszczają matka i babka. To babka zrobiła dla niej na drutach czerwony szal, który dzisiaj złowieszczo odbija się jaskrawym kolorem krwi od śniegu. Piersi dziewczyny dopiero co zaczęły się zaokrąglać, włosy ma jak konopie, tak jasne, że ledwo odróżniają się od bladego czoła, jej policzki to przysłowiowa krew z mlekiem. Właśnie rozpoczęły się u niej kobiece krwawienia, wewnętrzny zegar odtąd uderzać będzie raz w miesiącu.

Tkwi i porusza się w niewidzialnym pentagramie własnej dziewiczości. Jest jak nie naruszone jajko, jak zaplombowane naczynie, ma w sobie magiczną przestrzeń, do której wejście szczelnie pieczętuje błona; jest obiegiem zamkniętym, nie wie, co to dreszcz. Ma swój nóż i nie boi się niczego.

Ojciec może by jej nie puścił, gdyby był w domu, ale daleko w lesie zbiera drwa na opał, a matka niczego nie potrafi jej odmówić.

Las zamknął się za nią niby para szczęk.

W lesie jest zawsze na co popatrzeć, nawet w środku zimy: nastroszone kulki ptaków w zimowym letargu, zbite w gromadkę na skrzypiących gałęziach i zbyt nieszczęśliwe, by śpiewać; jaskrawe frędzle zimowych grzybów na popękanych pniach, klinowe ślady królików i jeleni, odbicia ptasich łapek, przypominające w rysunku rybi kręgosłup, zając, chudy jak plasterek bekonu, śmigający przez ścieżkę, tam gdzie blade słońce nakrapia rdzawe liście zeszłorocznych paproci.

Na dźwięk mrożącego krew w żyłach wycia wilka chwyciła za rękojeść noża wprawną dłonią, ale wilka nie było ni śladu, ani też nagiego mężczyzny nigdzie, raptem jednak w zaroślach rozległo się tupanie i na ścieżkę wyskoczył w pełni ubrany, niezwykle urodziwy młodzian, w zielonym kaftanie i myśliwskim kapeluszu z szerokim rondem, obładowany ustrzelonymi ptakami. Położyła dłoń na rękojeści, kiedy tylko dobiegł ją trzask pierwszej gałązki, lecz on, ujrzawszy ją, roześmiał się, błyskając białymi zębami, i złożył jej żartobliwy, acz pochlebny ukłon. Nigdy przedtem nie widziała tak eleganckiego kawalera, na pewno nie wśród młodych gburów z rodzinnej wioski. Powędrowali więc razem w gasnącym świetle popołudnia.

Niebawem żartowali i śmiali się jak starzy znajomi. Kiedy zaproponował, że poniesie jej koszyk, zgodziła się, w koszyku miała wprawdzie nóż, ale on powiedział, że jego strzelba ich obroni. Wraz z zapadaniem zmierzchu zaczął znowu prószyć śnieg, poczuła, jak pierwsze płatki osiadają jej na rzęsach, lecz został już tylko niespełna kilometr do przebycia, a w perspektywie ogień na kominku, gorąca herbata i powitanie, bez wątpienia serdeczne, nie tylko dla niej, ale także dla szykownego myśliwego.

Młodzieniec miał w kieszeni niezwykły przedmiot: kompas. Patrzyła na małą szklaną tarczę w jego dłoni i obserwowała drgającą wskazówkę z nieopisanym zdziwieniem. Zapewniał ją, że kompas bezpiecznie prowadził go przez las podczas tego polowania, ponieważ wskazówka z bezbłędną dokładnością pokazuje, gdzie jest północ. Nie uwierzyła, wiedziała, że pod żadnym pozorem nie wolno jej zboczyć ze ścieżki podczas leśnej wędrówki, gdyż natychmiast zabłądzi. Znów ją wyśmiał, błyszczące smużki śliny przylgnęły mu do zębów. Oświadczył, że jeśli zejdzie z drogi i zapuści się w otaczający ich bór, gwarantuje, że przybędzie do chatki babci na dobry kwadrans przed nią, kierując się przez zarośla według kompasu, podczas gdy ona nałoży drogi, posuwając się krętą ścieżką.

– Nie wierzę ci. Poza tym, czy nie obawiasz się wilków?

Poklepał tylko błyszczącą kolbę i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Czy to zakład? – spytał. – Mamy sobie urządzić zabawę? Co mi dasz, jeśli dotrę do domku babci przed tobą?

– A co byś chciał? – zapytała obłudnie.

– Całusa.

Banalne wiejskie zalecanki. Spuściła oczy i zarumieniła się.

Ruszył przez chaszcze, biorąc ze sobą koszyk, ale jej nie było w głowie obawiać się dzikich zwierząt, i chociaż wzeszedł już księżyc, zamierzała iść powoli, aby mieć pewność, że przystojny młodzian wygra zakład.

Chatka babci stała samotnie w pewnej odległości od wioski. Padający śnieg wirował nad warzywnikiem. Młody człowiek stąpał ostrożnie po ośnieżonej ścieżce wiodącej ku drzwiom, jak gdyby obawiał się zamoczyć nogi, a idąc, kołysał upolowanym ptactwem oraz koszykiem dziewczyny i nucił cicho pod nosem.

Na jego brodzie widnieje nikły ślad krwi, pożywiał się swoją zdobyczą.

Zastukał w okiennice kłykciami.

Wiekowa i krucha babcia w trzech czwartych poddała się już śmiertelności, którą zapowiada rwanie w kościach, a prawie gotowa jest ulec do końca. Godzinę temu chłopak z wioski rozpalił jej ogień pod kuchnią, który trzaska i oświetla izbę. Stara pobożna kobieta ma za towarzystwo Biblię. Leży wsparta na kilku poduszkach w łóżku, na chłopską modłę przytwierdzonym do ściany, otulona zszytą z kawałków kołdrą, którą zrobiła jeszcze przed ślubem, lat temu więcej, niż miałaby ochotę pamiętać. Dwa porcelanowe wyżly z sierścią w wątrobiane plamy i czarnymi nosami siedzą po obu stronach kominka. Chodnik z kolorowych gałgankow leży na ceglanych płytkach. Stojący zegar odmierza uciekający czas.

Żyjąc wygodnie, trzymamy wilki za progiem

Zastukał w okiennice włochatymi kłykciami.

To twoja wnuczka, naśladował wysoki sopran.

Podnieś zapadkę i wejdź, moje kochanie.

Poznasz ich po oczach, oczach drapieżnej bestii, nocnych, przerażających oczach, czerwonych jak rana; możesz rzucać w niego Biblią, babciu, i leszcze swoim fartuchem, myślałaś, że to skuteczne zabezpieczenie przed tą wieczną plagą...... wzywaj teraz Chrystusa i jego matkę, i wszystkich aniołów w niebiesiech na pomoc, ale to cię nie uratuje.

Jego dziki pysk jest ostry jak nóż; gość upuszcza na stół zmiażdżonego złocistego bażanta. Stawia także koszyk twojej kochanej dziewczynki. O Boże mój, co z nią zrobiłeś?

On zrzuca przebranie, ów kaftan w leśnych barwach, kapelusz z piórem zatkniętym za wstążkę, zmierzwione włosy spływają na białą koszulę, stara kobieta widzi ruszające się w nich wszy. Chrust w palenisku przesuwa się i syczy, noc i las nawiedziły kuchnię wraz z ciemnością wplątaną w jego włosy.

Zrywa z siebie koszulę. Jego skóra ma kolor i fakturę pergaminu. Pasmo kędzierzawych włosów przecina brzuch, sutki ma dojrzałe i ciemne jak trujący owoc, ale jest tak chudy, że można by policzyć mu żebra, gdyby dał na to czas. Zrywa ze siebie spodnie. Można teraz zobaczyć, jak bardzo owłosione są jego nogi. A przyrodzenie – olbrzymie. Ach, jakie olbrzymie.

Ostatnie, co stara kobieta zobaczyła na tym świecie, to młody człowiek o oczach jak żagwie, nagi jak posąg, zbliżający się do jej łóżka.

Wilk to urodzony mięsożerca.

Kiedy z nią skończył, oblizał się i szybko ubrał na powrót, aż wyglądał tak, jak kiedy wszedł w drzwi. Spalił niejadalne włosy, a kości owinął w serwetę, którą ukrył pod łóżkiem w drewnianej skrzyni, gdzie znalazł czyste prześcieradła. Rozłożył je starannie na łóżku w miejsce tamtych zdradziecko poplamionych, które wrzucił do kosza z brudną bielizną. Poprawił poduszki, strzepnął łaciatą kołdrę, podniósł Biblię z podłogi, zamknął i położył na stole. Wszystko było jak przedtem oprócz tego, że zabrakło babci. Chrust trzaskał na palenisku, zegar tykał, a młody człowiek siedział cierpliwie koło łóżka, w babcinym czepku na głowie dla niepoznaki.

Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk.

Kto tam, odpowiada on drżącym starczym falsetem babci.

Tylko twoja wnuczka.

Weszła więc, wnosząc kłąb śniegu, który stopniał łzami na płytkach, i może odczuła pewne rozczarowanie, widząc tylko babkę siedzącą przy ogniu. Ale wtedy on odrzucił pled i skoczył do drzwi, i przywarł do nich plecami, tak że nie mogła już wyjść.

Dziewczyna rozejrzała się po izbie i zobaczyła, że nie ma nawet śladu odciśnięcia głowy na gładkiej poduszce, a także, co widziała po raz pierwszy – że Biblia leży zamknięta na stole. Tykanie zegara było jak trzask bicza. Chciała wziąć nóż ze swego koszyka, ale nie ośmieliła się po niego sięgnąć, ponieważ on nie spuszczał z niej oczu – oczu olbrzymich, które wydawały się gorzeć niezwykłym wewnętrznym światłem, oczu wielkości spodków, spodków napełnionych ogniem greckim, diabelską fosforescencją.

– Jakie masz wielkie oczy.

– Żeby cię lepiej widzieć.

Ani śladu staruszki poza kosmykiem białych włosów, który uwiązł w korze nie strawionego ogniem bierwiona. Kiedy dziewczyna to dostrzegła, zrozumiała, że znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

– Gdzie jest moja babcia?

– Nie ma tu nikogo oprócz nas dwojga, moje kochanie.

Wtem rozległo się wokół potężne wycie, blisko, bardzo blisko, nie dalej niż w warzywniku, wycie całego stada wilków; wiedziała, że najgorsze są wilki włochate w środku, i zadrżała mimo szkarłatnego szala, otulając się nim szczelniej, jakby mógł stanowić osłonę, choć był czerwony jak jej krew, która musi popłynąć.

– Któż to przyszedł śpiewać nam kolędy – powiedziała.

– To głosy moich braci, kochanie, lubię towarzystwo wilków. Wyjrzyj oknem, a je zobaczysz.

Śnieg zasypał do połowy okno, które teraz otworzyła, by popatrzeć na ogród. Noc była jasna od księżyca i śniegu, w szalejącej zadymce wychudłe szare bestie przysiadły na tylnych łapach pośród rzędów zimowej kapusty, zwracając spiczaste pyski do księżyca i wyjąc, jakby serca miały im pęknąć. Dziesięć wilków, dwadzieścia wilków, tyle wilków, że straciła rachubę, wyjących chórem jak oszalałe, jak obłąkane. Ich oczy odbijały światło z kuchni i świeciły jak sto świec.

Jest bardzo zimno, biedactwa, powiedziała. Nic dziwnego, że tak wyją.

Zamknęła okno i nie było już słychać wilczych trenów, zdjęła szkarłatny szal – koloru maków, koloru poświęceń, koloru swoich miesiączek, a ponieważ strach jej nie pomógł, przestała się bać.

– Co mam zrobić z moim szalem?

– Wrzuć go w ogień, najdroższa. Nie będzie ci już potrzebny.

Zwinęła szal i wrzuciła w płomienie, które natychmiast go pochłonęły. Następnie ściągnęła bluzkę przez głowę, jej drobne piersi zalśniły, jakby śnieg dostał się do pokoju.

– Co mam zrobić z bluzką?

– Ją też rzuć w ogień, serdeńko.

Cienki muślin, gorejąc, uniósł się kominem jak czarodziejski ptak, po czym przyszła kolej na spódnicę, wełniane pończochy, buty, wszystko znalazło się w ogniu i przepadło na zawsze. Blask ognia prześwietlał jej skórę, teraz okryta była jedynie nietkniętą powłoką swego ciała. Olśniewająca i naga, przeczesała włosy palcami – jej włosy wydawały się równie białe jak śnieg na dworze. Następnie podeszła prosto do mężczyzny o czerwonych oczach, w którego zmierzwionej grzywie ruszały się wszy, stanęła na palcach i rozpięła mu kołnierz koszuli.

– Jakie masz duże ramiona.

– Żeby cię lepiej objąć.

Wszystkie wilki świata zaintonowały pieśń weselną za oknem, gdy z własnej woli ofiarowała mu pocałunek, który mu była winna.

– Jakie masz duże zęby!

Zobaczyła, że jego szczęki ociekają śliną, izba zatrzęsła się od leśnej Liebestod, ale mądre dziecko ani drgnęło, nawet kiedy odpowiedział:

– Żeby cię łatwiej zjeść.

Dziewczyna wybuchnęła śmiechem, wiedziała, że twardy z niej kąsek. Roześmiała mu się prosto w twarz, zerwała z niego koszulę i rzuciła ją w ogień, w ślad za swoją własną gorejącą odzieżą. Płomienie tańczyły jak duchy zmarłych w noc Walpurgi, a stare kości pod łóżkiem rozpoczęły makabryczny grzechot, ale nie zwracała na to najmniejszej uwagi.

Urodzony mięsożerca, tylko nieskalane ciało go poskromi.

Położy sobie na kolanach jego groźny łeb i będzie iskała wszy z jego sierści, a może włoży wszy do ust i zje, jeżeli on jej każe, tak jak by zrobiła to w jakiejś prymitywnej ceremonii zaślubin.

Zadymka się uspokoi.

Zadymka się uspokoi, zostawiając góry pokryte śniegiem tak przypadkowo, jakby to niewidoma rzuciła na nie prześcieradło, a wyższe gałęzie pobielone niczym wapnem, trzeszczące i uginające się pod ciężarem.

Blask śniegu, blask księżyca, plątanina zwierzęcych tropów.

Wszystko ciche, wszystko nieruchome.

Północ, zegar wybija godzinę. To Boże Narodzenie, wilcze urodziny, wrota przesilenia stoją otworem, pozwólmy im wszystkim wejść do środka.

Popatrzcie! Słodko i mocno śpi dziewczyna w babcinym łóżku, między łapami czułego wilka.